Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 28 listopada 2013

Wieże Bois-Maury: Heloiza de Montgri - Hermann

Wieki średnie to temat równie wdzięczny do rozpracowania na łamach komiksu, co zdradliwy. Bo przecież można było osadzić w tym średniowieczu tłukących się bez sensu rycerzy, uwikłanych w teorię spiskową angażującą moce piekielne bądź święte przedmioty, przeżywających miłosne ekscesy i uchodzących cudem z najgorszych opresji. Tyle, że Hermann rozpoczął publikację "Wież Bois-Maury" w latach 80., kiedy to aż tak wydumane i dalekie od rzeczywistości fabuły nie zajmowały mistrzów europejskiego komiksu oraz kiedy rysunek bardzo często stawiał na precyzję i wnikliwą szczegółowość, a kolory nie wiedziały co to komputer.
"Heloiza de Montgri", druga odsłona słynnej sagi belgijskiego artysty, ponownie ukazuje surowość epoki, a od swojej poprzedniczki - "Babette" odróżnia się mroczniejszą kolorystyką oraz - zdawkowym, ale jednak - ładunkiem humoru i erotyki. Hermann ponownie przewodnikiem po kartach swojego komiksu czyni Aymara de Bois-Maury - błędnego rycerza, za cel stawiającego sobie odzyskanie zamku, "którego wieże są najpiękniejsze i najwyższe w całym chrześcijańskim świecie".
Tym razem Aymar trafia w sam środek konfliktu pomiędzy tajemniczą wędrowniczką a pasterzem przemierzającym ziemie w masce z rogami kozła górskiego. Sprawy z ich przeszłości Hermann splata z teraźniejszością, uprawdopodabniając fabułę do tego stopnia, że nawet przypadkowe spotkania po latach nie sprawiają wrażenia naciąganych. Na pierwszy plan wybija się w "Heloizie de Montgri" motyw zemsty, w tle mamy natomiast walkę o utrzymanie zamku, próbę przetrwania grupki wieśniaków w lesie oraz przewijający się przez cały album wątek starca i jego starań o utrzymanie przy życiu pewnej kury. Zabawne momenty związane z tym ostatnim wątkiem Hermann wprowadził zapewne po to, by rozładować sceny o charakterze znacznie poważniejszym.
Zgniłe barwy, plansze przesiąknięte mrokiem bądź czerwonym światłem bijącym od ogniska, mocna czarna kreska dominująca w scenach nocnych - to wszystko nie dość, że buduje nastrój komiksu, to jeszcze ukazuje wachlarz umiejętności rysownika, widocznych szczególnie w szeregu niemych kadrów bądź plansz, obecnych w wielu miejscach tomu. Hermann rysuje klasycznie, utrzymując się na tym samym poziomie precyzyjności, co Grzegorz Rosiński w najlepszych tomach "Thorgala". Nie znajdziecie tu wybuchowych grafik, które przegląda się szybko i wściekle. To małe dzieła, do wpatrywania się, podziwiania i analizowania.
"Heloiza de Montgri" trzyma bardzo wysoki poziom serii, choć jest zupełnie innym komiksem, niż "Babette". Dzieje się tak za sprawą metody przyjętej przez autora, według której główny bohater, pojawiający się znikąd rycerz z wiernym giermkiem zapewnia Hermannowi szkielet historii, a spotykani przez niego ludzie nadają jej sens. To sprawia, że ten komiks żyje, zaskakuje i zachwyca. 
Jeśli ktoś poszukuje comiesięcznego, gwarantowanego zachwytu (i lubi klimaty opisane powyżej) - "Wieże Bois-Maury" to seria dla niego.
"Wieże Bois-Maury: Heloiza de Montgri". Autor: Hermann. Tłumaczenie: Grzegorz Przewłocki. Konsultacja: Wojciech Birek i Jakub Syty. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2013
Komiks można kupić tutaj: Sklep. Gildia.pl, Incal, Elemental
Inne recenzje serii:

Kibicujemy (366)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Pamiętacie napisany przez Jerzego Szyłaka komiks "Benedykt Dampc i skarb piratów"? Grzegorz Pawlak dość długo milczał na temat prac nad tym albumem, aż nagle projekt dostał mocnego przyspieszenia i już niebawem powinien zostać zakończony. Posłuchajcie co ma do powiedzenia rysownik tego odcinka serii:
Wykonane jest aktualnie 32 strony z 46. Okładka jest na etapie projektowania, choć już w zeszłym tygodniu pojawiła się ostateczna koncepcja, którą muszę rozwinąć. Logo „serii” za sprawą Macieja Pałki ulegnie nieco zmianie. Również tytuł będzie posiadał nieco inną formę graficzną. Teksty i obróbkę stron wprowadzam na bieżąco. Plan zakłada, by komiks zawitał w ręce czytelników już na początku przyszłego roku. Tempo prac jest dobre, więc własnych terminów powinienem tym razem dotrzymać. Ostatnie dwa miesiące tak naprawdę przyniosły połowę materiału, po kolejnej przerwie trwającej tym razem pół roku, a rysowanie komiksu zacząłem już w 2010. Powrót do Dampca po tak długiej przerwie na szczęście przyszedł bezboleśnie. No prawie, bo najgorzej było zobaczyć obok siebie plansze wykonane teraz w zestawieniu z tymi narysowanymi na samym początku. 
Zmiany musiały zostać wykonane i jeszcze kilka stron pewnie czeka mała modernizacja. Ale z drugiej strony fajnie zobaczyć te same plansze w wersji odświeżonej i nieco zmienionej. I przede wszystkim zauważyć drogę jaką się przeszło przez te kilka lat. Pomogły w tym projekty, które w między czasie robiłem. Szorty do magazynów i antologii, a także komiksy internetowe dla kilku firm. Te doświadczenia pomogły mi sprostać wyzwaniu jakim jest album komiksowy i inaczej na niego spojrzeć. 
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec

środa, 27 listopada 2013

Kibicujemy (365)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Nie dość, że jesteśmy już po premierze pierwszego tomu "Postapo", to jesteśmy również po zniknięciu nakładu z magazynu wydawcy. To dobry moment, by zapytać Daniela Gizickiego i Krzysztofa Małeckiego o recepcję tomu pierwszego i stan prac nad drugim, jak również pokazać surowy rysunek z pierwszego kadru pierwszej strony czwartego rozdziału serii... 
Notatki Daniela Gizickiego do scenariusza - fot. facebookowy profil komiksu
O wydrukowanym komiksie, emocjach i zadowoleniu z efektu końcowego 
DG: Nie chcę, żeby to zabrzmiało bucowato ale szczerze to jakichś wielkich hercklekotów nie odczuwałem. Może nauczyłem się dystansu do siebie i swojej pracy przez te dziesięć lat robienia komiksów z mniejszym lub większym powodzeniem. Z efektu jestem zadowolony, technicznie album  - "żyleta", szarości się bronią. Miło, że komiks się sprzedał bo o to się najbardziej obawiałem - że będzie finansową klapą i nie będziemy mogli kontynuować opowieści. 
KM: U mnie było podobnie. W sumie od samego początku powstawania komiksu bałem się , jak będzie odbierana moja kreska do tak cieżkiego gatunkowo tematu, ale jak zwykle martwiłem sie na zapas. Komiks wyszedł naprawdę świetnie, nie mam zastrzeżeń do końcowego efektu. Dolna Półka. Timof. Dobra robota. 
O odbiorze komiksu w mikroświatach autorów, lokalnych społecznościach, w kraju i na całym świecie 
DG: Moja mama powiedziała, że ten komiks jest mocno depresyjny. Mój mentor - Marek Turek zadzwonił i zwrócił mi uwagę gdzie, co i jak mógłbym poprawić. Raczej "Postapo" wśród moich znajomych zostało odebrane bardzo ciepło. Mam wrażenie, że generalnie pierwszy album się czytelnikom spodobał, recenzje są pozytywne, nikt nie zgłasza reklamacji, więc tylko się cieszyć. A jak zostanie odebrane na całym świecie - zobaczymy (mam nadzieję) już niedługo.  
KM: Przyjaciółkę cytowałem na Postapowskim FB i właściwie po tej recenzji odetchnąłem. Recenzje internetowe zaskoczyły mnie pozytywnym nastawieniem do albumu, ale to właśnie reakcje przyjaciół i rodziny - nieoceniony brat gra tu pierwsze skrzypce - dają mi powera do robienia nastepnych fikołków. W sieciowych recenjach czuć ogromny kredyt zaufania, jakim obdarzony był/jest cały projekt.  
O tym czy pracują nad następnymi tomami 
DG: Pracujemy. Chcemy by drugi album miał podobną objętość jak poprzedni. Napisałem pierwszy rozdział (zaplanowany na 22 strony), w którym wprowadzam dwoje nowych bohaterów. Jestem w trakcie pisania drugiego rozdziału. Wiem co mam napisać w trzecim. Prolog i epilog zostawiam sobie na koniec pracy. Poza tym czekam na tłumaczenie tak, by anglojęzyczna wersja komiksu mogła się pojawić w wersji cyfrowej w kolorze, do końca tego roku. Tu, korzystając z okazji, chciałbym się odnieść do zarzutu, który pojawia się w recenzjach czy opiniach na forach internetowych. Że w "Postapo" jest za mało Polski w Polsce. Nigdy nie miałem w planach robienia tego komiksu jako komiksu zrozumiałego tylko dla Polaków. Wręcz przeciwnie - jako, że od początku miała być też wersja angielska (potem może hiszpańska, niemiecka i francuska) starałem się unikać elementów, które później mogłyby być niejasne dla czytelników z Niemiec, Szwecji czy Kanady.  Przyjmuję na klatę, że czytelnicy w Polsce mogą być z tego faktu niezadowoleni ale to mój świadomy i przemyślany wybór. 
Spójrzcie na "Na szybo spisane" Śledzia. To genialny komiks, bardzo polski - dla mnie fenomen. Ale czy gdyby ten komiks ukazał się za granicą byłby zrozumiały dla Szwajcara, Holendra albo Japończyka? 
Dlatego aluzja do Gombrowicza z prologu "Nienormalnej normalności" w wersjach obcojęzycznych będzie musiała zostać opatrzona przypisem. 
KM: Dostałem scenariusz do czwartego rozdziału, z tego co wiem praca nad kolejnym wre. Daniel kipi pomysłami, niektóre trzeba trochę przeredagować, bo brzmią odrobinę zbyt futurystycznie, a ja wolałbym by to była opowieść o tym, że zimno w palce i pusto w brzuchu. Ale zbyt silnego nacisku nie mam zamiar wywierać. Daniel pisze oszczędnie, ale naprawdę zajmująco. Kilka razy muszę przeczytać scenariusz by sobie ułożyć całość w głowie. 
Surowy rysunek pierwszego kadru pierwszej strony czwartego rozdziału - Krzysztof Małecki
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Krzysztof Małecki 

wtorek, 26 listopada 2013

Kibicujemy (364)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
"Złote wymiona" to tytuł komiksu, nad którym pracuje Marianna Strychowska. Kibicowanie temu projektowi rozpoczynamy od drobnego wprowadzenia i zapoznania czytelników z twórczością autorki. Oddaję jej klawiaturę:
O czym?
Grupa fanatycznych kapłanów w celach religijnych uniesień organizuje transport niezwykłej wagi świętego ładunku. W tym samym czasie dwójka osobliwych najemników, kierowanych żądzą pieniądza, w nieczysty sposób stara się zdobyć zlecenie na zabezpieczenie kapłańskiego szlaku.
Jak?
Mam zamiar pobawić się tymi tak namiętnie powielanymi schematami, tam i ówdzie pojawi się subtelne nawiązanie do literatury fantasy, czy też RPG. Kompletowanie drużyny, epicka podróż, szczęk metalu, dół zombie (xo)
Dużo uwagi skupiam na bohaterach. Będzie więc szeroka gama ekscentrycznych postaci.

Informacje stopniowo ukazują się na moim blogu.
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Rafał Szłapa

poniedziałek, 25 listopada 2013

Kibicujemy (363)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Dziś zamiast zwyczajowych występów gości, apel do ludu wygłosi redaktor prowadzący:
Drodzy Czytelnicy Ziniola: jest sprawa. Za nieco ponad dobę zakończy się zbiórka kasy wydawnictwa Smallpress.pl na wydanie papierowych wersji znanych z Internetu komiksów: "Ultra Minion", "Valiant Skateboarding French Bulldogs" i "Rotmistrz Polonia". Za komiks wydawca życzy sobie 35 złotych, co jest chyba rozsądną ceną za 100-stronicowy album, w którym 1/3 stron jest w kolorze.
I teraz tak: namawiam do zakupu tego komiksu. Dlaczego? ponieważ:
a) Rotmistrz Polonia walczący z Reptilianami (w historii "Misja10") to świetnie napisany komiks akcji, z odpowiednio akcentowanym humorem, spiskiem w tle i znakomitymi rysunkami cholernie zdolnego Łukasza Godlewskiego (którego na ziniolowych łamach zjechałem za debiutancki komiks - info dla tropicieli teorii spiskowych i kumoterskich zagrywek). Rotmistrz, gdybyśmy mieli potraktować go jako polskiego superbohatera - rozłożyłby na łopatki Białego Orła, zniszczyłby Polskiego Ducha, a Jana Hardego zgniótłby małym palcem u lewej (koniecznie!) stopy.
b) "Ultra Minion" to komiks bez słów, więc aby go przeczytać, wystarczy umieć czytać komiksy. Rysuje go Maciej Czapiewski i w odróżnieniu od swojego debiutu (czyli również smallpressowego "Kwiatuszku") zamiast czystej czerni i bieli bawi się szarościami. Ten komiks to przede wszystkim szaleństwo graficzne. Przy debiucie Czapiewskiego posypały się gromy na jego odręczną, dużą czcionkę - no cóż, tutaj ten problem odpada.
c) Obrońcy Retropolis, gadające i walczące buldogi to takie polskie Żółwie Ninja. Ich przygoda rysowana jest akurat najsłabiej (to pierwsze podejście Michała Rydlichowskiego do dłuższej formy komiksowej), ale za to wciąga i jest sprawnie pomyślana.
Drodzy Czytelnicy, słuchajcie: 35 zeta.
Trzy różne historyjki w jednym tomie, różnorodne, czarno-białe, kolorowe. Takie, w które autorzy włożyli cholernie dużo pracy. 35 zeta.
A czy fajne? Wydawca sprawił, że nie musicie nikomu wierzyć na słowo. Rotmistrza przeczytacie tutaj, Ultra Minion w tym miejscu, a Bulldogs'ów - właśnie tutaj.
Apeluję, by nie olewać tak ciekawego projektu. Wsparliście swoimi portfelami "Tequilę", rzuciliście kasę na "Ksionza", to i Kowalczukowi i spółce pokażcie, że ktoś widzi, docenia i chce. Autorzy domów sobie za to nie pobudują. Dajmy im chociaż potrzymać swoje wydrukowane dziecko w dłoniach.
35 złotych. Czas się kończy. Parafrazując klasyka: kupcie sobie ten komiks zamiast "pięciu snikersów" albo poświęćcie jedno wyjście wieczorem do knajpy. Wyjdzie na zdrowie i będzie ładnie wyglądało na półce. Aby wesprzeć, wejdźcie tutaj.
Dziękuję za uwagę.
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Marcin Rustecki

piątek, 22 listopada 2013

Kibicujemy (362)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Hubert Ronek, po reaktywacji "KGB" wydał kilka mini-albumów, lada dzień uwolni najnowszy numer zina, przygotował twardookładkową edycję jednego ze swoich komiksów dla dzieci oraz ma chęci na więcej. Poznajcie jego plany, wśród których znajdziecie dwa nowe projekty i jeden odkurzony...
W ostatnim czasie udało mi się wyprodukować trzy papierowe tytuły - "Torgala", "E-Generation" oraz nowe KGB - czyli pewne tematy zostały zamknięte. Nie oznacza to jednak posuchy w moich komiksowych planach, wręcz przeciwnie. Wydrukowane zeszyty motywują, by dokończyć inne rozpoczęte rzeczy, na które brakowało wcześniej czasu. W przypadku KGB, już za chwilę kolejna odsłona Mundialmana na papierze.


Pierwszym z komiksów jest "Lenny"- komiks-ślimak. I za tempo biorę całą odpowiedzialność na swoje bary. Lucek dostarczył mi gotowy scenariusz całości jeszcze na studiach, czyli nie patrząc na daty, śmiało mogę powiedzieć, że dekada strzeliła! Wtedy też narysowałem ponad połowę albumu, z czego większość ukazała się w KGB. No i nastały czarne dziury, spowodowane głównie brakiem czasu, w kolejnych latach dość kompleksowym, że tak powiem. Półtora roku temu wróciłem do Lennego i naszkicowałem 6 nowych stron... i znów dziura... W ostatnim czasie ponownie siadłem nad ołówkiem, pomanewrowałem obowiązkami i zrobiłem 19 stron, udało się zakończyć etap szkicowania. Teraz pozostało nałożyć tusz na 25 (z 62) plansz.
Drugi projekt, w który zaangażowałem swoje siły, to "World of Aghart" - nowa seria fantasy. Od początku, wyciągając wnioski z wcześniejszych autorskich doświadczeń, postanowiłem sobie, że robię ten komiks zupełnie bez jakiegokolwiek ciśnienia. Bez deadlajnów i wyznaczonych terminów. Również bez zewnętrznego ograniczania formy - nie dobieram na razie formatu wydania do realiów rynku i rzeczywistości - robię zeszytówkę, bo tak mi się to w głowie układa. W ten sposób scenariusz powstawał przez mniej więcej dwa lata - w tym czasie zbierałem w teczkę różne pomysły, zapiski, szkice. Wszystko zaczęło się układać w sesnowną całość, pewne koncepty mi się przeformatowały, inne rozrosły, jeszcze inne wyleciały z projektu. Przyszedł miesiąc pracy nad złożeniem z tego konkretnego świata i w kilka tygodni udało się stworzyć logiczny kilkunaststronicowy konspekt, opisujący główne założenia i fabułę serii (+ szkice postaci). Serii w liczbie mnogiej, bo mają być trzy, rozgrywające się w tym samym świecie - powiązane, ale w taki sposób, by można je było czytać niezależnie. Jeden z zeszytów jest już mocno zaawansowany (zostało do pokolorowania 10 stron). Pozostałe dwa w trakcie szkicowania.
Trzeci z tytułów, który chciałbym zrealizować to komiks "Dziwne to wszystko..." - obyczajówka, poniekąd opowieść autobiograficzna, opisująca mały wycinek z mojego życia, ale dla mnie bardzo ważny. Chciałbym powiedzieć kilka słów, może niezbyt popularnych, może dla niektórych obciachowych. Ale tym bardziej chciałbym je powiedzieć. Myślę, że komiks będzie dla mnie naturalnym i najbardziej obszernym językiem wypowiedzi. Na razie powstało 6 plansz (kolor). Marzy mi się, aby wyłączyć wszystkie inne zawodowe obowiązki i siąść nad tym tytułem dwa miesiące. Tyle by wystarczyło... Tylko jak żyć Panie Premierze, jak żyć (w tym czasie)? 
Kibicujcie!
Ciąg dalszy nastąpi
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Krzysztof Małecki

czwartek, 21 listopada 2013

Psychopoland - Chmielu/ Białczak

Łukasz Chmielewski i Piotr Białczak powracają komiksem, który począwszy od tytułu, poprzez scenariusz, na rysunkach kończąc jest lepszy od ich debiutanckiego "Dogmatu". Nie obyło się jednak bez powtarzania błędów z przeszłości, a i dla kilku nowych znalazło się miejsce.
Podstawą scenariusza Chmielu uczynił pomysł podobny do tego, który był punktem zapalnym filmu "Wrota do piekieł" Sama Raimiego, po czym przeskoczył na motyw zemsty z polskim Punisherem w roli głównej, a zakończył mocnym akcentem - koniecznością dokonania wyboru przez jednego z bohaterów; wyboru z gatunku tych, jakie stawiał ludziom Jigsaw z serii filmów "Piła". "Psychopoland" jest horrorem. Ale kompletnie innym od zacytowanych filmów. Nie ma tu nadprzyrodzonych zjawisk, klątw, obcinania kończyn. Jest to horror najstraszniejszy ze wszystkich - rzeczywisty. Dziejący się teraz, w bloku naprzeciwko albo za ścianą. W Polsce.
Punktem wyjścia komiksu jest moment, w którym wierny przepisom urzędnik odmawia potrzebującemu pomocy. Ważny przetarg, brak jednego dokumentu z ZUSu i prośba: bądź człowiekiem, daj donieść. Zerowa empatia urzędnika powoduje ciąg tragicznych zdarzeń rozłożonych na lata i wyniszczających obu bohaterów. Kto tu jest tym złym? 
Zamiast oskarżać, Chmielu - szatkując sceny i bawiąc się chronologią zdarzeń - pokazuje życie osobiste obu postaci, ich charaktery, motywacje i otoczenie.  I okazuje się, że uczciwość przeciwstawia dobrym intencjom. Pokazuje jak bardzo jesteśmy podobni i jak trudno jest nam się porozumieć.
Tło komiksu to Polska w wersji psycho. Policjanci mają mordy przekupnych działaczy piłkarskich, a ludzie w autobusie - chorych psychicznie polityków. Lekarze w brudnych szpitalach są bezlitośni, pracownicy muszą być durniejsi od pracodawców, a bijące po oczach hasła na billboardach w zestawieniu z rzeczywistością powodują odruch wymiotny. Wszystko to bez jakiejkolwiek ironii, bez choćby szczątkowego poczucia humoru - "Psychopoland" to gnijący świat ludzi, którzy nieświadomie zarzynają się nawzajem.
Świat przedstawiony i żonglerka chronologią wydarzeń to główne atuty scenariusza komiksu. Sceny poukładane są w sposób gwarantujący utrzymanie napięcia, a nawet kilkukrotnie wyprowadzający czytelnika na manowce. Chmielu sprytnie "ustawił" odbiór komiksu poprzez chociażby sceny zawierające komentarz z filmu przyrodniczego czy też fenomenalne, przewijające się przez cały album wykorzystanie mitu "małego, białego domku". Drażnią natomiast toporne dialogi i koszmarne słowotwórstwo ("klinknął") na początku lektury. Do tego pierwszego trzeba się przyzwyczaić - prawdopodobnie kwestie bohaterów celowo są skonstruowane tak, by jak najwierniej odzwierciedlały rzeczywistość.
Problemem komiksu są rysunki. Widać, że czerń i biel Białczakowi służy bardziej niż kolor, a i w tej czerni i bieli znaleźć można kilka kadrów-perełek i jeszcze do tego architektura jest znakomita, jednak rysownik przez większość czasu nie radzi sobie z rysowaniem twarzy bohaterów (rozpoznać kto jest urzędasem, a kto przedsiębiorcą to prawdziwe wyzwanie), szwankuje mu anatomia postaci, a większość plansz, których akcja rozgrywa się na powietrzu wygląda jakby pochodziła z komiksu "Być jak Geoff Darrow". Duszny, klaustrofobiczny klimat rozumiem, ale uporczywe stawianie setek kresek tam, gdzie nie ma takiej potrzeby - już nie.  Są jednak światełka w tunelu - mięsiste plamy, świetna perspektywa, różnorodne ujęcia, dynamika. No i te pojedyncze kadry, które pojawiają się dość rzadko, ale są świetne i zdradzają spory talent.
"Psychopoland" to produkt z potencjałem, ale do dopracowania. Po ugładzeniu przejść między scenami, zróżnicowaniu twarzy bohaterów, liftingu dialogów i kilku innych zabiegach powstałby jeden z najważniejszych komiksów ostatnich lat. Na to już jednak za późno - dopieszczony edytorsko album jest po prostu bardzo dobrą zapowiedzią czegoś wyśmienitego.
"Psychopoland". Scenariusz: Chmielu. Rysunki: Piotr Białczak. Wydawca: Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2013.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, Incal, Picture Book.pl, Elemental

środa, 20 listopada 2013

Kibicujemy (361)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
Trzeci "Mrok" zatytułowany "Egzorcyści" jest w trakcie produkcji. W dzisiejszym "Kibicowaniu" Robert Zaręba opowiada o sposobie na promocję serii, prawicy i lewicy oraz wątku fantasy...
O tym dlaczego recenzenci milczą i czy winna jest promocja 
Nie sądzę, aby cisza wokół „Mroku” wynikała z braku promocji. Przy pierwszym albumie bardzo się starałem. Był on drukowany w odcinkach w „Magazynie Fantastycznym” w czasie, gdy każdy numer czytało kilkanaście tysięcy ludzi (w tym spora rzesza komiksiarzy). Informacje o wydaniu albumowym w ramach nowo uruchomionej „Strefy Komiksu” (serii obecnej początkowo w empikach i księgarniach nie tylko specjalistycznych) rozesłałem do wszystkich portali komiksowych i czasopism posiadających dział komiksowy, a egzemplarze recenzenckie dostali chyba wszyscy, którzy w tamtym czasie choć otarli się o recenzowanie polskich komiksów. Uczestniczyłem we wszystkich dwóch ważniejszych festiwalach, były także jakieś konkursy i egzemplarze gratisowe na imprezach, na które osobiście nie dotarłem. Nie przesadzę zbyt mocno jeśli napiszę, że na promocję „Przebudzenia” poszło więcej darmowych egzemplarzy (wliczając w to zjechane do niemożliwości komiksy wycofane z Empików) niż wynosił cały nakład „Krwawego żniwa”. Ze swej strony zrobiłem więc wszystko: jako autor napisałem najlepszy scenariusz, na jaki mnie było stać, zaś jako wydawca namówiłem do współpracy jednego z najlepszych rysowników komiksowych w tym kraju. No i zadbałem o promocję komiksu w takim zakresie, na jaki pozwalają polskie realia. Mimo to, jak zauważyłeś, w mediach komiksowych wokół komiksu było cicho. Prawie wszyscy komiksowi „celebryci” album przemilczeli, a te nieliczne recenzje, które ukazały się w sieci były spóźnione o kilka miesięcy.
Dlatego w przypadku „Krwawego żniwa” olałem jakąkolwiek promocję, co jakoś znacząco nie wpłynęło ani na ilość recenzji (trzy czy cztery, z czego pierwsza osiem miesięcy po premierze komiksu :) ani na sprzedaż albumu.  
"Mrok" komentuje - czyli o prawicy i lewicy 
Polacy z natury są prawicowi, więc jest oczywiste, że i w komiksie powinny dominować prawicowe treści, co nie oznacza oczywiście, ze nie ma w nim miejsca na lewicowy ferment. Dla mnie osobiście „polityka, to w krysztale pomyje”, jednakże od wojny kulturowej nie mogę uciec, tym bardziej, że toczy się ona na wielu frontach. Czasem okazuje się, że mimowolnie walczę po jednej stronie barykady (jak choćby w „Mroku” czy „Gwiezdnych bezdrożach”), a czasem wypruwam sobie żyły po drugiej (jak w komiksie „Drągal”czy „Smert Lachom”). Nic na to poradzę. Robię co uważam za słuszne w zgodzie z własnym sumieniem i w głębokim poważaniu mam opinie innych na ten temat. Wątki, o których wspominasz, będą kontynuowane we wszystkich częściach cyklu i są moją reakcją na permanentne trywializowanie zła we współczesnej popkulturze. 
O tym, w którą stronę zmierza historia i czy zdominuje ją wątek fantasy 
Jak najbardziej. W trzecim tomie mamy próbę pokonania demona bez pomocy wybrańców, co jak nietrudno się domyślić skończy się kompletną katastrofą (w końcu wybrańcy nie po to są wybrańcami, aby mógł ich zastąpić byle oddział komandosów). W kolejnych będziemy konsekwentnie zmierzać ku Armagedonowi. Fantasy w „Mroku” budowane jest w oparciu o mitologię chrześcijańską, z całym jej bogactwem fantastycznych stworzeń i mrocznych postaci, takich jak: diabły, anioły, prorocy, święci, inkwizytorzy, egzorcyści, papieże, itd. Fantastyczne, czasem mrożące krew w żyłach opowieści gawędziarzy w konkordatkach zapamiętane z lekcji religii nie pójdą na marne, a fascynujące persony z ich bajań ożyją na kartach komiksu. Nie wiem czy uda mi się zrealizować wszystkie pomysły ale póki co walczymy.
Ciąg dalszy nastąpi 
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Rafał Szłapa

wtorek, 19 listopada 2013

Jaś Ciekawski: Podróż do serca oceanu - Picard

"To żyje! Ryby mnie omotały! Ten rekin mnie zaraz pożre!" - tym razem nie tylko mój trzyletni konsultant wpadł w lekturę po uszy, lecz również jego mama, babcia i ja. Matthias Picard w najnowszej publikacji firmowanej logo "krótkich gatek" zabiera rodziny w trójwymiarową podróż do serca oceanu. Fakt, że nie odkrywa przy tym żadnych głębszych treści, ba - nawet nie mówi ani słowa, nie jest minusem. "Jaś Ciekawski" to fajerwerk techniczny, komiks ożywiony, do oglądania i podziwiania.
Tytułem streszczenia: Jaś to bardzo ciekawski mały koleżka, którego poznajemy w momencie, gdy uzbrojony w ciężki kostium płetwonurka gramoli się nad wodę. Wskakuje do niej w komiksie standardowym, a pełnego zanurzenia doświadcza już w trójwymiarowym. Niezliczonych gatunków ryb, które podczas swej podwodnej podróży mija, można dotknąć, podobnie jak innych zalegających pod wodą przedmiotów - samochodów, koszyków zakupowych, opuszczonych statków. Wrażenie (na człowieku młodym, w średnim wieku i starszym) robi praktycznie każda scena - fantastyczne pląsy roju ryb, atak rekina, przebieżka przez zaginione miasto, czy niesamowite wiry wodne mają siłę nie tylko dzięki trójwymiarowi, ale i naprawdę precyzyjnym rysunkom (fani ryb będą mogli zapewne zabawić się w rozpoznawanie gatunków).
Prosta fabuła wsparta jest pewnymi zabiegami formalnymi Pickarda, które powodują, że np. komiks posiada bardzo fajną pętlę i które również prowokują pytania: czy to na pewno pierwsza podróż Jasia do serca oceanu? A może zapuszczał tam nura wielokrotnie wcześniej po to, by otagować Atlantydę? Co za skarb znajduje się w tajemniczym kuferku? Czy to się dzieje naprawdę?
Trójwymiar się sprawdził. Po epizodzie z okularami 3D w "Czarnych aktach", "Jaś Ciekawski" jest pierwszym komiksem opublikowanym w Polsce niemal w całości w tej technice. Jak już wspomniałem, na odbiorcy docelowym tej publikacji zrobiło to wielkie wrażenie, ale podobną atrakcję stanowiło dla ludzi w wieku znacznie bardziej zaawansowanym.
"Podróż do serca oceanu" pochłania się wzrokiem. Nie jestem w stanie stwierdzić czy dzieciaki docenią precyzyjną, ale jednak czarno-białą kreską, a trójwymiar wkradnie się w ich serca bardziej, niż ładne kolory i sympatyczne, gadające postaci. Jestem natomiast pewien tego, że kiedy maluch nie mający na co dzień do czynienia z 3D sięgnie po ten komiks, krzyknie: "Wow!".
Zbliżają się święta. Kto by nie chciał, by jego dziecko sięgając pod choinkę nie krzyknęło "Wow!"?
"Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu". Autor: Mathias Picard. Wydawca: kultura gniewu, Warszawa 2013.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Liga Niezwykłych Dżentelmenów - Moore/ O'Neill

Po zakończeniu publikacji rozłożonego na trzy części tomu trzeciego i przed wydaniem "Czarnych akt" polski edytor rozpoczął przypominanie starszych przygód Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Omawiany tom to reedycja wydanej w 2003 roku pierwszej części serii, wzbogacona o twardą oprawę i grubszy kredowy papier.
Osadzona w 1898 roku historia to zapis pierwszego spotkania i debiutanckiej przygody tzw. "składu Murray", czyli ekipy nieprzeciętnych osobowości pozbieranych przez Alana Moore'a z kart różnych powieści. Do organizowanej przez Campiona Bonda, a firmowanej przez tajemniczego M. grupy trafiają między innymi: Wilhelmina Murray (wprost z kart powieści Brama Stokera), pan Edward Hyde i dr Henry Jekyll (ostatnio widziani u Roberta Louisa Stevensona), Allan Quatermain (ulubieniec Henry'ego Ridera Haggarda), Kapitan Nemo (obecny dzięki uprzejmości Juliusza Verne'a) oraz Hawley Griffin (bohater powieści H.G. Wells'a). Precyzyjnie zmiksowane towarzystwo otrzymuje godnych sobie i również zapożyczonych wrogów, a intryga zostaje spleciona wedle prawidła wspomnianego już Bonda: "Imperium brytyjskie zawsze miało kłopot z odróżnianiem swych bohaterów od swych potworów".
Rozróżnienie kto jest kim może nastręczać kłopot nie tylko Imperium, lecz również czytelnikom. Uzależniony od opium starzec, zamieniający się w potwora doktor, największy wróg Brytanii i niewidzialny psychopata mają ratować świat od zagłady? W dodatku pod dowództwem kobiety? Wbrew pozorom, Moore i O'Neill nie żartują, twierdząc, że owszem, będą ratować. A kwestia tego kto jest czyim agentem, kto za bardzo wrósł w rolę, kto ma szanse na rehabilitację czy wreszcie kto jest dobry a kto zły (oraz - bonusowo - czy w ogóle ktokolwiek jest dobry?) zostaje rozwiązana w sposób wielce zadowalający, w towarzystwie akcji i sensacji i wręcz wybuchowo.
Intryga jest prosta: Wróg Brytanii kradnie bryłkę kaworytu, czyli klucza do panowania nad siłami grawitacji. Wrogiem tym jest Doktor, mający kryjówkę w londyńskim Limehouse. Aby zapobiec spiskowi, tytułowi agenci będą musieli popracować głowami, mięśniami oraz zapobiegać emocjom, targającym zespół od wewnątrz. Tak prosta intryga (na wyższy poziom komplikacji Alan Moore wejdzie dopiero w następnych tomach) umożliwia rysownikowi zaszaleć. Z opcji tej Kevin O"Neill korzysta - jego charakterystyczna kreska (w momencie publikacji pierwszego wydania komiksu znana polskiemu czytelnikowi jedynie z historyjki o Bat-Mite zamieszczonej w semicowym "Batmanie"), fantastycznie sprawdza się w hipnotyzujących splash-page'ach czy scenach walk. Równie sprawnie rysownik ukazuje mroczne zakamarki Londynu i chińskiej dzielnicy, czemu wydatnie pomaga paleta barw zastosowana przez Bena Dimagmaliwa.
Pierwszy tom "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów" to komiks czysto przygodowy, ale z aspiracjami. Ci, którzy przeczytali kolejne tomy serii wiedzą już, że te aspiracje zostały spełnione i omawiany tom to słodkie preludium do pięknej komiksowej uczty. Dodam, że szalony wyjściowy pomysł zebrania w jednej opowieści mnóstwa postaci z literatury końca wieku mógł urodzić się tylko w głowie światowej sławy Słowika z Southampton.
I tylko przez niego mógł zostać tak finezyjnie zrealizowany.
"Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Tom pierwszy". Scenariusz: Alan Moore. Rysunek: Kevin O'Neill. Kolor: Ben Dimagmaliw. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Wydanie II. Egmont Polska, Warszawa 2013 

Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, Incal, Elemental, BUM Projekt

Kibicujemy (360)

Ósma wybiła! Tym, którzy jeszcze tego nie zrobili, zalecam wykonanie kilku banalnie prostych czynności celem zrobienia kawy, po czym zapraszam do kibicowania komiksiarzom! Mobilizowania ich do dalszej pracy i wymyślania pomysłów! Badania wykazały, że najlepszy dzień mają ci, którzy zawsze z rańca kibicują komiksiarzom. Kibicuj i Ty!
"Mrok" to jedna z ciekawszych polskich komiksowych serii ostatnich lat. Pisana przez Roberta Zarębę, a ilustrowana początkowo przez Nikodema Cabałę, a następnie przez kilku twórców (Artur Chochowski, Zygmunt Similak, Tomasz Kleszcz, Nikodem Cabała) doczekała się dwóch odsłon. Trzecia jest w trakcie produkcji. Na jakim etapie są prace, kto tym razem zajmie się stroną graficzną komiksu i w jaką stronę pójdzie fabuła - o tym dowiecie się z kilku najbliższych odcinków "Kibicowania" od scenarzysty serii, Roberta Zaręby: 
O tym, ilu rysowników bierze udział w projekcie i jak układa im się współpraca 
Sprzedaż albumów ze „Strefy Komiksu” jest na takim poziomie, że zwracają się koszty materiałów i czarno - białego druku, ale nic ponadto. Możemy więc i robimy komiksy wyłącznie hobbystycznie, dla samej przyjemności ich robienia. Oczywiście przekłada się to na organizacje pracy. „Mrok – Przebudzenie” w całości narysował Nikodem Cabała, twórca znany i podziwiany w środowisku komiksowym, współtwórca jednej z najlepszych polskich serii komiksowych „Biocosmosis” co dla mojego komiksu było wielką nobilitacją. Niestety, przy następnym albumie Nikodem już nie dysponował czasem potrzebnym do narysowania pełnometrażowego komiksu i zaznaczył swoją obecność 12 stronicowym epizodem. O narysowanie reszty poprosiłem kilku rysowników. W ten sposób do Nikodema dołączył Artur Chochowski, Tomasz Kleszcz i Zygmunt Similak. W trzecim albumie, „Mrok- Egzorcyści” Artura Chochowskiego zastąpił Patryk Cabała, biorąc jednocześnie na siebie główny ciężar prac nad albumem.
Synchronizacja prac, to żaden problem. Każdy rysownik dostaje swój fragment scenariusza i wszyscy rysują równolegle (chyba, że w komiksie pojawia się nowa postać, wtedy jeden rysownik musi czekać na efekt pracy drugiego). Jak już wspomniałem praca nad komiksem ma być przyjemnością, zabawą, uczestniczeniem w ciekawym projekcie, a z efektów pracy ma być w pierwszej kolejności zadowolony sam twórca. Każdy rysownik rysuje tyle stron ile chce i jak chce, w tempie, które mu odpowiada. Nie ma na nas żadnego ciśnienia, żadnej presji, nie gonią nas żadne terminy. Priorytetem jest wyłącznie satysfakcja z własnej pracy.  
O tym, na jakim etapie są prace nad albumem 
Dwie z czterech scen są już gotowe, a trzecia się rysuje. Niestety, czwarta scena musi trochę poczekać, aż Tomek Kleszcz skończy projekt, nad którym obecnie pracuje i przyłączy się do pracy na „Mrokiem”. „Egzorcystów” planuję wydać najpóźniej na Komiksową Warszawę.

Ciąg dalszy nastąpi 
Autorem grafiki tytułowej akcji społecznej "Kibicujemy komiksiarzom" jest Wojciech Stefaniec

sobota, 9 listopada 2013

Noir - Stefaniec/ Bogacz

W trakcie rysowania "Szelek", Wojciech Stefaniec rozpoczął prace nad kolejnym projektem. Coś, co miało być chwilą oddechu od brutalnego scenariusza Jerzego Szyłaka, rozrosło się do gigantycznych rozmiarów ("Syndrom Stefańca"), a drastycznością przeskoczyło kontynuację "Szminki". Scenariusz Łukasza Bogacza, z którym Stefaniec współpracował kilkukrotnie (nigdy przedtem nie tworząc razem pełnometrażowego albumu) zmieniał się wielokrotnie i ewoluował przy czynnym udziale rysownika. Istotną dla odbioru komiksu stała się jego akcja promocyjna, lub raczej jej brak. Szczegóły na temat historii trzymane były w ścisłej tajemnicy, komiks miał działać poprzez zaskoczenie czytelnika. Niechętny ujawnianiu materiałów z wnętrza albumu Stefaniec, poza nic nie mówiącymi trailerami albumu, przygotował również kilkustronicowy materiał poglądowy. Zgodnie z założeniem, próżno jednak szukać go w komiksie. Stanowi on epilog do opowieści, niezbędny do zrozumienia pewnych niuansów w niej zawartych.
"Noir" wgłębia się w umysł psychopaty, pokazuje jak się rodzi zło i jak to zło zostaje w jego umyśle usprawiedliwione. Główny bohater pisze scenariusz swojego życia, operując losem kilku bliskich osób i pogrążając się w świecie okrutnych wyobrażeń. Autorzy w wielu miejscach zdradzają czytelnikowi jaki będzie finał komiksu, ale też nie o sam finał im chodzi. Tytuł jest mylący - album nie jest kryminałem. Jest dramatycznym zapisem drogi, jaką odbywa ludzki umysł pogrążając się w szaleństwie. W mrocznym, psychopatycznym stanie, dla którego barwą życia jest czerń.
Opowiedziana na kartach "Noir" historia wyłania się z mroku (dosłownie - pierwsze strony zalane są czernią i niczym więcej), daje nieco światła w pierwszych kilku scenach, po czym w mrok ponownie ucieka. Stefaniec, który zapadł odbiorcom w pamięć barwnymi obrazami, naprzemiennie operuje plamiastym, ciężkim rysunkiem i dopieszczoną, obfitującą w szczegóły kreską. Duszny, ciężki klimat wylewa się z umiejętnie wkomponowanych całostronicowych obrazów. Rysunek naszpikowany jest znaczeniami, niekoniecznie dającymi się rozszyfrować po pierwszej lekturze. Czytanie "Noir" to proces powolny, mozolny, trudny, ale dający satysfakcję. Konstrukcja scenariusza powoduje, że ta satysfakcja może być wielokrotna - czytać go można zarówno od deski do deski, jak i z pominięciem linii dialogowych i skupieniu się jedynie na narracji.
Dramat rodzinny ukazany w komiksie, sięgający głęboko w przeszłość i analizujący relacje między bohaterami, nakreślony jest bardzo realistycznie. Na pierwszy rzut oka opisać go może krzykliwy tytuł podrzędnego brukowca, z którego czytelnik zapamięta jedynie tanią sensację. U Stefańca i Bogacza nie ma takiej powierzchowności. 
Towarzyszące tragedii emocje ukazane zostały przy użyciu ogromnego wachlarza możliwości, jakie ma do zaoferowania tylko komiks. Wzorcowo skomponowana jedna z końcowych scen rozmowy ojca z synem pozwala na odczytanie jej dwojako, w zależności od tego, czy jako planszę traktujemy stronę A4 czy może rozkładówkę A3. Bardzo sugestywnie pokazana została również scena "wychodzenia" bohatera z mroku, czy też - oparta o szereg podobnie skomponowanych kadrów - sekwencja przy lustrze weneckim i w pokoju przesłuchań. Stefaniec zostawia mnóstwo śladów, smaczków, świadczących o tym, że wycisnął z tematu wszystko, co było możliwe. Najdrobniejsze szczegóły - makiety, do których celuje się na strzelnicy, zdjęcia w tle, poprzekręcane tytuły prasowe - odzwierciedlają charakter bohaterów, bądź dają istotne wskazówki.
Stefaniec i Bogacz spenetrowali zło w sposób niezwykły. Spokojny, powolny, metodyczny, świadomy. Weszli w temat bardzo głęboko, nie tylko uwzględniając swoje osoby w komiksie (Stefaniec ponownie rysuje siebie, a nazwisko jednego z bohaterów to zlepek nazwisk autorów), ale przede wszystkim uprawdopodabniając zachowania postaci i tworząc portret psychologiczny psychopaty. Niczym Michael Haneke w "Funny Games" w odpowiednim momencie zwrócili się w stronę odbiorcy i zadali mu pytanie.
Przeczytajcie "Noir" i sobie na nie odpowiedzcie. 
"Noir". Scenariusz: Łukasz Bogacz i Wojciech Stefaniec. Rysunki: Wojciech Stefaniec. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2013.

piątek, 8 listopada 2013

Pokaż ścianę! (06)

Kolejne osoby wychodzą z szafy i pokazują co mają na ścianie. Jeśli czytasz te słowa i kolekcjonujesz oryginalne plansze komiksowe, rysunki, mazaje na ścianach - dołącz do akcji. Podeślij zdjęcia swojej ściany, opisz je w kilku słowach, a Ziniol je opublikuje. Oryginały na ścianach to wspaniała sprawa!
Dzisiaj ponownie oddaję głos Michałowi Klimczykowi, który tym razem (wraz ze swoją żoną Karoliną) zmalował na ścianie pewnych znanych każdemu bohaterów komiksowych:
Jak wielu z nas mój szwagier, jako mały chłopiec był fanem komiksów o tych dwóch słowiańskich wojach; dlatego teraz, kiedy zasadził drzewo, spłodził syna i wybudował dom, (choć co do tego pierwszego nie jestem pewien) postanowił przenieść zainteresowanie twórczością Janusza Christy na następne pokolenie i zwrócił się do nas (przypominam, że ściany maluję z moją wspaniałą żoną – Karoliną) z prośbą o wymalowanie Kajko i Kokosza w pokoju u jego dwuletniego synka.
Chłopcu malowidło bardzo się spodobało; przechadza się po pokoju i pokazuje na ścianę palcem mówiąc: „Koko!”
Ja tymczasem pognałem do Nowego Targu zrobić kilka zdjęć izby przyjęć dla dzieci w nowo otwierającej się, prywatnej przychodni „Harnaś”, gdyż najprawdopodobniej tam pojawią się nowe malowidła, którymi chciałbym się z czytelnikami Ziniola podzielić. 

czwartek, 7 listopada 2013

Vincent i Van Gogh - Smudja

Co za komiks! Gradimir Smudja przygotował album, będący wspaniałym hołdem dla Vincenta van Gogha, malarstwa, komiksu, kotów oraz  inteligencji czytelnika. "Vincenta i Van Gogha" nie sposób traktować inaczej, niż jako wielkie wydarzenie kulturalne. Jego mecenasami są Wojciech Birek, miłośnik, przyjaciel i tłumacz Smudji, który odkrył go dla polskiego rynku oraz Paweł Timofiejuk, który umożliwił mu papierowy debiut w naszym kraju.
Serbski twórca był gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Każdemu zainteresowanemu - a było ich wielu - do albumu wrysowywał niesamowite kolorowe grafiki, przyciągając zarówno fanów komiksu, jak i przypadkowych przechodniów. Tematyka - ukazanie żywota jednego z najwybitniejszych malarzy świata - okazała się lepem na fanów van Gogha. Bo Smudja - który dla szwajcarskiej galerii malował kopie obrazów francuskich impresjonistów i postimpresjonistów, doprowadzając tę umiejętność do perfekcji - dla potrzeb "Vincenta i van Gogha" po prostu stał się tytułowym bohaterem.

Swój popis Smudja rozpoczął od pogrywania sobie z czytelnikiem i w tym pogrywaniu pozostał aż do końca pierwszej części komiksu. Zasugerował, że Vincent van Gogh jest nieudacznikiem, tworzącym obrazy skrajnie żenujące, a całą odpowiedzialność za jego sukcesy ponosi gadający kot-hulaka, którego Holender pewnego dnia ratuje z opresji. Dopiero w miarę rozwoju sytuacji, Smudja ujawnił swoją niebanalną koncepcję, łączącą ze sobą losy braci van Goghów i fikcyjnego piecucha, będącego w albumie uosobieniem talentu i wirtuozerii mistrza, jak również wytrychem do skonstruowania solidnej opowieści, dalekiej od nieciekawych, bo przyziemnych biografii oraz postacią, której fantastyczne przygody mogły rozgrywać się jedynie na płótnach największych malarzy.

Postrzeganie kota jako inspiracji twórczej i motoru napędowego działań artystów wszelkiej maści znane jest światu nie od dziś - współcześnie istnieje nawet przeświadczenie, że prawdziwy twórca komiksu powinien posiadać choć jednego miauczącego towarzysza. Świadom tego, Gradimir Smudja podrążył temat i okazało się, że i Rembrandt i Picasso i Delacroix i pewnie wielu innych również kota stawiało na piedestale. A sierściuchy odpłacały się im tworzeniem wspaniałych dzieł. Kocia część van Gogha to artysta, pełną garścią czerpiący z życia, ludzka - to siedzący przed sztalugą poszukiwacz sensu i mitycznego własnego stylu. 

Smudja opowiada obrazami Holendra. Jadąc pociągiem, Vincent za oknem ma żniwa w La Crau z Montmajour w tle, będąc w Arles śmiga drogą z cyprysem. Dosiada się do jedzących kartofle, płynie łóżkiem po gwiaździstej nocy... Każdy kadr prezentuje się imponująco, nawet te, które nie korzystają z malowideł mistrza. W obu znajdujących się w polskiej edycji częściach serii znaleźć można wiele smaczków i nawiązań - poza odniesieniami do Picassa, Moneta, Degasa czy Toulouse-Lautreca, są też inne: jest Marylin Monroe, Alfred Hitchcock, Robert Crumb, Tintin. Są również ludzie Ipo - rasa powstała w wyniku katastrofy nuklearnej w 2017 roku oraz ożywione posągi. Czemu nie? 

Nieprawdziwym byłoby twierdzenie, że cała siła "Vincenta i van Gogha" leży w przepięknych kadrach-obrazach. Pierwszorzędną robotę wykonał również Smudja-scenarzysta. Absurdalne pomysły sąsiadują w jego historii z szalonymi przygodami. Tak szalonego i pokręconego klimatu, jak w "Trzech księżycach" ciężko doszukać się gdziekolwiek indziej, a intrygujące wymiany zdań między kotem i człowiekiem dodają całości pikanterii. 

Komiks Gradimira Smudji nie ma słabych punktów. To majstersztyk, w pierwszorzędny sposób opowiadający historię życia holenderskiego artysty. Jest jak odnalezione po latach dzieło mistrza, komunikujące potomnym jedną, ale jakże ważną myśl: Van Gogh też rysował komiksy!
"Vincent i Van Gogh". Scenariusz i rysunki: Gradimir Smudja. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2013

środa, 6 listopada 2013

Z archiwum Jerzego Wróblewskiego (I, II)

Jerzy Wróblewski, jeden z mistrzów polskiego komiksu, autor równie wspaniale radzący sobie z kreską realistyczną, co humorystyczną, zostawił po sobie mnóstwo zarysowanych plansz. Był tak płodnym twórcą, że każdy czytelnik może kojarzyć go z innego dzieła - publikowanego na łamach "Świata Młodych" "Binio Billa", historycznego "Hernana Cortesa i podboju Meksyku", sensacyjnego "Skradzionego skarbu"... Opublikowane albumy jego autorstwa to jednak zaledwie promil twórczości. Wróblewski zadebiutował jako 17-latek na łamach bydgoskiego "Dziennika Wieczornego", z którym związał się na wiele lat, publikując na jego łamach niemal 70 komiksowych opowieści. 22 lata po śmierci artysty, dzięki staraniom i ogromnej pracy Macieja Jasińskiego, spełnił się sen wielbicieli twórczości mistrza: ruszyła seria "Z archiwum Jerzego Wróblewskiego", zbierająca wszystko, co mistrz zrobił na łamach "Dziennika".
Pierwsze dwa tomy stanowią ucztę dla koneserów, którzy gazetowe paski kompletowali, wklejając je po kolei do zeszytu, bądź trzymając w odpowiednich segregatorach. Znajdują się w nich komplety następujących opowieści: "James Hart" (publikowany na łamach "Dziennika Wieczornego" od 1 września do 9 października 1971 r.), 'Nie z tej ziemi" (14 lipca - 23 sierpnia 1965 r.), "Tom Texas" (1-29 kwietnia 1961 r.) i "Rycerze prerii" (29 kwietnia - 13 lipca      1965 r.). 
Jako, że jakość druku gazetowego w latach 60. nie była najlepsza, największym wyzwaniem przy przygotowaniu tych historii było wyczyszczenie skanów i dorobienie dymków. Maciej Jasiński wykonał znakomitą robotę. Wsparł go Andrzej Janicki, który przygotował okładki. Albumy edytorsko prezentują się bardzo elegancko - format A4, układ poziomy, papier kredowy. Wewnątrz - mnóstwo materiałów dodatkowych. Poza artykułem "20 lat z Dziennikiem Wieczornym" autorstwa Jasińskiego, znalazło się miejsce dla cyklu pasków "Wróbelek", kilku przygotowanych przez Wróblewskiego konkursów świątecznych oraz fantastycznego działu "Tego jeszcze nie było!".
W tak imponująco opracowanych zbiorach nawet wiejąca ze stronic komiksów starość nie jest minusem. Scenariuszowo te opowiastki to ramotki, przy czym uszeregowane od najlepszej do najgorszej, rysunkowo zaś jest to przegląd możliwości mistrza. Wróblewski w najwyższej formie to Wróblewski z  super-realistycznego "Jamesa Harta" oraz będących przedsmakiem "Binio Billa" "Rycerzy prerii". Porządny stripowy rysunek prezentuje również "Tom Texas", natomiast zdecydowanie najsłabiej wypada rysowane uproszczoną karykaturalną kreską "Nie z tej ziemi". 
Banały, nielogiczności, kulejące dialogi i grafomańska narracja w ostatniej opowieści to nie minus, a smaczek. Bo niezależnie od nich, dla fanów Wróblewskiego ten cykl będzie spełnieniem marzeń i niejedną łzę nad nim uronią. "Z archiwum Jerzego Wróblewskiego" to wielki hołd oddany jednemu z największych polskich komiksiarzy oraz wielka praca wykonana przez jego fanów. Rzecz bezcenna dla domowej biblioteczki polskiego komiksiarza.
"Z archiwum Jerzego Wróblewskiego", tomy I i II. Tekst i ilustracje: Jerzy Wróblewski. Przygotowanie okładki: Andrzej Janicki. Rekonstrukcja graficzna pasków komiksowych: Maciej Jasiński. Wyd. Wydawnictwo Ongrys - Leszek Kaczanowski, Bydgoszcz 2013. Album powstał w ramach programu stypendialnego dla osób zajmujących się twórczością artystyczną oraz upowszechnianiem kultury. program został zrealizowany dzięki wsparciu finansowemu miasta Bydgoszczy.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep Gildia.pl, Incal, Picture Book.pl
Tak kibicowaliśmy serii:

wtorek, 5 listopada 2013

Egipskie księżniczki - Baranko

Igor Baranko zbadał już starożytną Grecję w "Pifitiadzie" oraz ziemie polskie i ukraińskie XVII wieku w "Maksymie Osie". Tym razem proponuje nam wycieczkę do Egiptu spisków, zdrad, przepowiedni i namiętności. I podobnie, jak w przypadku kryminalnego "Maksyma Osy", nie ma litości dla czytelnika: Otworzyłeś komiks? Przeczytałeś kilka stron? To nie ma przebacz. Choćby ci powieki opadały, musisz czytać dalej, takie to dobre.
"Egipskie księżniczki" nie powtarzają w toporny sposób czegoś, co znane jest z mitów czy historii, nie bawią się w prostackie bryki, a tworzą nową jakość. Jakość wspartą niebanalnym scenariuszem i rysunkami, pozwalającymi wysnuć tezę, iż Igor Baranko jest nieślubnym dzieckiem Richarda Corbena i Jeana Girauda. Mistrzowskie opanowanie detalu idzie ramię w ramię z precyzyjnie rysowanym drugim planem, dynamika scen akcji zapiera dech w piersiach, a ilość sztuczek, pozwalających artyście przyspieszyć proces rysowania jest zerowa.
Baranko nie byłby sobą, gdyby odpuścił intrygę i nie wrzucił do niej odpowiedniej ilości osobników. Rzecz tyczy się zamachu na życie faraona Ramzesa III i roli, jaką w tym wydarzeniu odegrają tytułowe księżniczki, jego córki - Kiki i Titi. Przepowiednia głosi, że Kiki ocali życie faraona, w związku z czym wraz ze swą siostrą stają się obiektem ataku zwolenników zamachu stanu, wedle reguły: zmienimy przyszłość, wyjdzie na nasze. Ale czy przypadkiem przepowiednia nie była lewa a przepowiadający ją nie jest hochsztaplerem?
Biegające po kartach księżniczki póki co wyróżniają się jedynie tym, że przez większość czasu ganiają rozebrane, a umysły mają zamglone hipnozą lub miłością. Na szczęście towarzyszą im postaci o gigantycznym potencjale - wśród nich na czoło wysuwa się Jahmozis, do którego żywota Baranko postanowił wlać maksymalną chyba ilość tragizmu. Jest też tajemniczy przystojny kapłan z rozoranym policzkiem, wysoko postawiony grubas o łapczywym spojrzeniu, mędrzec mędrców, wielki zbrodniarz i pewien charakterystyczny i postawny jegomość, który przewija się przez komiks wykonując swoje 12 prac. Nawiązań do mitologii i Biblii Baranko stosuje sporo, ani razu nie będąc nachalnym.
"Egipskie księżniczki" zgrabnie oddają egipską architekturę, co widać jak na dłoni choćby w rozdziale "Umarłe miasto" czy też w opowieściach mędrca i architekta Amenhotepa Hapu. Mimo wiernego odwzorowania strojów i zwyczajów epoki, główny nacisk Baranko położył na dramaturgię. Sceny z głównymi bohaterami intrygi przeplatają się ze sobą, prowadząc do spotkań w odpowiednich momentach. Fabuła upstrzona jest dygresjami, sięgającymi dawnych czasów i tłumaczącymi postępowania bohaterów. Misternie skonstruowana, mimo elementów mistycznych, trzyma się mocno świata rzeczywistego, przedstawiając postaci z krwi i kości i takie też dialogi między nimi.
Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która w tej kompletnej opowieści nie gra, byłaby to okładka. Nieciekawa ilustracja, kolory i typografia nie zapowiadają uczty, jaka znajduje się wewnątrz. Ponad 120 stron czarno-białej biesiady to wystarczając rekompensata. "Egipskie księżniczki" to jeden z tych komiksów, na których ciąg dalszy chce się czekać. Drugi tom opowieści wydawca zaplanował na przyszłoroczną edycję Festiwalu Komiksowa Warszawa. Po lekturze części pierwszej, zaczniecie odliczać dni.
"Egipskie księżniczki". Scenariusz i rysunki: Igor Baranko. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawca: timof i cisi wspólnicy 2013, Warszawa 2013