Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

piątek, 19 lipca 2013

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - Mendheim/ Bisley

Mucha Comics, po rezygnacji z wydawanych przez siebie serii Marvela (w związku z wkroczeniem na rynek Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela), przerzuciła się na inne wydawnictwa. Wśród zapowiedzianych przez nie wspaniałości ("Batman: The Long Halloween", Batman: The Dark Victory", "Kickass"), znalazł się również - i poszedł na pierwszy ogień - komiks Michaela Mendheima i Simona Bisleya, zatytułowany "Czterej Jeźdźcy Apokalipsy". Elementem kuszącym w przypadku tej pozycji określić można zdecydowanie rysownika, który niejeden komiks w Polsce już opublikował, niejeden podziw u niejednego czytelnika wywołał, jak również zresztą niejeden raz do Polski zawitał. Gruby tom rysunków tego Pana to gwarant sukcesu, ale czy zarazem dobry komiks?
Momentami - zwłaszcza w pierwszym rozdziale - historia sprawia wrażenie napisanej idealnie pod Bisleya. Dość poważna treść zostaje zbijana przez kompletnie nie pasujące do niej rysunki, biorące tę powagę w ogromny nawias. Jednocześnie jest to treść bardzo przewidywalna, co pozwala przypuszczać, iż autorzy będą "się odwoływać", "działać w  ramach konwencji", "puszczać oczko", a może nawet "powodować salwy śmiechu". Sam główny bohater - Adam Cahill - jest bohaterem kumulującym skrajności: nauczyciel w szkole hebrajskiej, bisleyowsko napompowany kulturysta, kochający mąż i ojciec, piekłonurek i najwyższy archont Zakonu Salomona. Nie za bardzo mieszcząc się przy stole zje sympatyczną kolację z rodziną, po czym wyrwie flaki wrogom, chcącym przejąć świat we władanie. Wrogami tymi są Nikolaici i uwięziony w ciele człowieka demon Belisarius, na usługach Szatana jedynego. Rozgrywka zaś tyczy się Armagedonu, co zresztą zdradza tytuł komiksu. Armagedon nadejdzie. A czterem jeźdźcom apokalipsy przeciwstawić ma się czwórka wybrańców. Poza Cahillem, są to: narkomanka, szaleniec i kłamca. Napięcie serwowane ma być przez wątek rodzinny oraz osobiste rozterki każdego z wybranej czwórki, jak również zachodzące między nimi relacje.
Autoironiczny klimat potęguje sam rysownik, który co chwila zdaje się cytować sam siebie: większość albumu utrzymana jest w stylistyce znanej z "Bodycount", ale są też nawiązania do "Sądu nad Gotham", czy "Lobo: Ostatni Czarnian". Cytuje również innych, np. Franka Millera. Raz jest Bisleyem z czasów bezbłędności, innym razem odpuszcza sobie planszę, wykorzystując jakieś niespotykane wcześniej u siebie techniki (fotografia, prosty, niemal cartoonowy obrys) czy też - po prostu - za dominantę planszy stawiając gołą babę. Przegląd możliwości? Owszem. Trochę fuszerka? Niestety również.

Bo jednak poza pierwszym rozdziałem i kilkoma momentami w kolejnych, ta ironia i puszczanie oczka do czytelnika zostaje przygaszona pompatycznymi kwestiami, do bólu stereotypowymi dialogami i papierowym potraktowaniem bohaterów. Autorzy z przedstawienia ogranych schematów typowej sensacji w krzywym zwierciadle, przesiadają się na traktowanie sprawy zupełnie serio. Nie wychodzi to komiksowi na dobre.

Wydaje mi się, że autorom zabrakło konsekwencji. Gdyby formę z pierwszego rozdziału przerzucili nie tylko na kilka momentów w środku i odpowiednio zaaranżowaną końcówkę, stworzyliby dzieło godne polecenia i znakomity pastisz. Jako komiks "Czterej Jeźdźcy Apokalipsy" robią niespecjalne wrażenie. Natomiast, jako przegląd obrazków Simona Bisleya, mimo tej bardzo nierównej formy, jest to jednak wciąż uczta dla oczu. Wystarczy rzucić okiem na zamieszczone w albumie gościnne pin-upy, by wiedzieć że mistrz, nawet mimo braku formy, ma umiejętności znacznie przewyższające większość obecnie tworzących na rynku twórców.
"Czterej Jeźdźcy Apokalipsy". Autor: Michael Mendheim. Rysunki: Simon Bisley. Scenariusz: Michael Mendheim, Mike Kennedy, Sean Jaffee. Kolory: Chad Fidler. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawca: Mucha Comics 2013.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep. Gildia.pl, BUM Projekt

poniedziałek, 15 lipca 2013

Gyo: Odór śmierci - Junji Ito

Tworząc "Gyo", Junji Ito zaczerpnął dłonią ze swojego wcześniejszego komiksu, zatytułowanego "Uzumaki". Ponownie w głównych rolach obsadził nastolatków, punktem wyjścia uczynił wydarzenie co najmniej absurdalne, jak również zeserwował odbiorcy dość sporą dawkę obrzydliwości. Od "Uzumaki" "Gyo" różni się jedynie ostateczną wymową. Tam były to opowieści o jednostkach, składające się na postapokaliptyczną historię o społeczności, tu - pozbawiona dygresji liniowa opowieść o odpowiedzialności, przywiązaniu i końcu świata.
Aby jak najkrócej opisać fabułę, wytnę jedno zdanie z komiksu: "Wykorzystanie smrodu w celach bojowych... brzmi idiotycznie, prawda?". I rzeczywiście, Ito ponownie chętnie i beztrosko wychodzi z założenia, które można określić absurdalnym, niedorzecznym, czy wręcz idiotycznym. Tak, jak w "Uzumaki" tym absurdem była ludzka fiksacja na temat spirali, tak w "Gyo" jest to skupienie się na zmutowanej bakterii, która po umieszczeniu w ciele zwierzęcia powoduje silne wydzielanie przezeń gazów. Zawarta w komiksie sugestia, żeby zarażone bakterią psy i koty wypuszczać na pole walki, by smrodem załatwiały wrogie wojska przysuwa na myśl montypythonowski skecz o najśmieszniejszym dowcipie świata. Niektóre momenty w komiksie powodują zresztą, że czytelnik może znaleźć się na granicy parsknięcia śmiechem, ale - o dziwo - w ogólnym rozrachunku i po wzięciu kilku zwrotów akcji w nawias, Ito udaje się utrzymać powagę opowieści. Zamiast śmieszyć puszczaniem gazów i komentarzami na temat tego, że komuś śmierdzi z ust, ucieka w grozę i szereg obrzydliwych motywów, na czele z blokowaniem odbytów i otworów gębowych, celem stworzenia napędzanych smrodem mechanicznych balonów na sztucznych odnóżach...
Ważnym elementem "Gyo" jest uczucie, jakie żywi do siebie dwójka nastolatków: Tadashi i Kaori. Jakkolwiek to nie zabrzmi, uczucie to, jak również większość zachowań bohaterów, implikowane jest przez tytułowy odór. W początkowych rozdziałach komiksu, bardzo kameralnych, osadzonych na odludziu, zakochana para zostaje poddana testowi właśnie przez smród: a to ona nie da całusa, bo jemu śmierdzi z buzi, a to - mimo kilkukrotnych kąpieli - śmierdzi ona sama... Parę atakuje tajemniczy stwór, który długo nie wychodzi z ukrycia, dawkując napięcie. Smród się nasila, odór śmierci przejmuje na własność uczucie młodych, wyspę, na której się znaleźli, a następnie wszystkie wyspy archipelagu i wreszcie cały świat. Przez to geograficzne rozpasanie, kameralny, bardzo zgrabnie prowadzony horror o czyhającym w mroku zagrożeniu, nie traci jednak na klimacie - komiks wciąż skupia się na dwójce bohaterów, a jego "epickość" polega na ciągłym fundowaniu  czytelnikowi pełnych obrzydliwości rysunków.
Ito graficznie zaszalał. Drobiazgowa kreska pozwoliła mu szczegółowo ukazać każdy z jego chorych pomysłów. Ryby i zwierzęta, mimo rozkładu, ganiające po ulicach miast na specjalnych odnóżach, ludzkie piramidy z rurami wmontowanymi w dwa otwory na ciele, czy też najbardziej chyba oddziałujące na zmysły ukazanie efektu eksperymentu szalonego naukowca. Fani "Uzumaki" nie będą zawiedzeni.
Poza główną historią, w albumie znajdują się jeszcze dwie: "Dramat pod głównym filarem" i "Uskok na górze Amigara", z których szczególnie polecam uwadze tę drugą, będącą swego rodzaju wariacją na temat pewnego motywu z "Bliskich spotkań trzeciego stopnia".
Mimo tematyki, z jaką się zmierzył, "Gyo" nie jest śmierdzącym komiksem. Jest za to wciąż rasowym, obrzydliwie dobrym horrorem. Nie buzuje w głowie, jak "Uzumaki", ale może wywołać pewne reakcje u czytelnika, takie jak niechęć do jedzenia ryb, czy częstsze mycie zębów.  
"Gyo". Autor: Junji Ito. Tłumaczenie: Paweł "Rep" Dybała. Wyd. J.P.Fantastica, Warszawa 2013.
Komiks można nabyć tutaj: Sklep Gildia.pl

niedziela, 14 lipca 2013

Baśnie (11): Wojna o pokój - Willingham

Koniec wojny. Nie jest to spoiler, a raczej długo wyczekiwana wiadomość dla tych, którzy rozciągnięciem wątku na 75 odcinków zeszytowych "Baśni" (lub 11 wydań zbiorczych serialu) byli już znudzeni oraz dla tych, którzy śledzili go z nieustannymi wypiekami na twarzy. Rozbudowana, wielowątkowa saga na sam koniec przybiera postać wojennego, szpiegowskiego romansu, który równie dobrze mógłby być zakończeniem perypetii Baśniowców. 

Wizje triumfu Adwersarza, w jakie bogaty był poprzedni tom "Baśni" zostają zrewidowane w rzeczywistości tomu jedenastego. To ekipa Baśniogrodu jest stroną atakującą w wojnie o pokój, a ich atak przeprowadzony jest według skrupulatnie przygotowanego planu. Zanim jednak pierwsza armata wystrzeli, by czytelnik nie doświadczył znudzenia, Willingham oferuje chwilę oddechu w dwóch kilkuodcinkowych historiach, z których pierwsza dotyczy uczucia Niebieskiego do Czerwonej Róży, a druga - szpiegowskich perypetii Kopciuszka. Obie historie są popisowymi utworami scenarzysty, czego zasługą są przede wszystkim świetnie rozpisane dialogi oraz humor w ilościach śladowych, lecz wystarczających. Willingham trafnie nawiązuje do filmów szpiegowskich, ustami Kopciuszka - najlepszej agentki, jaka kiedykolwiek żyła - zdradzając czytelnikom tajniki pracy wywiadowczej. Z tego kompendium wiedzy i James Bond mógłby się czegoś nauczyć.

Wojna o pokój, będąca głównym tematem tomu, obfituje w zwroty akcji, interesujące założenia taktyczne, indywidualne pojedynki i pełne poświęcenia dla sprawy historie jednostek. Willingham swoim zwyczajem nawiązuje do konkretnych baśni - robi to z wdziękiem i w odpowiednim momencie (tu warto wspomnieć o zgrabnym wykorzystaniu pewnej postaci do bezkrwawego zdobycia stolicy imperium Adwersarza). Dodatkowo, ciągle dba o drugi plan, nawet nieistotnych żołnierzy czyniąc "złodziejami scen" (jak choćby informatora, zdającego sprawozdanie Adwersarzowi i Królowej Śniegu).

Baśniowy rysownik-weteran, Mark Buckingham, swoim zwyczajem zadbał o atrakcyjne eksperymenty, widoczne szczególnie w historii o Kopciuszku. W kompozycyjnym szaleństwie miała swój udział śmietanka rysowników, którym autor za pomoc w tychże śmiałych poczynaniach z kadrem serdecznie zresztą podziękował na kartach komiksu. Buckingham odpowiedzialny jest za lwią część albumu - tylko otwierającą album historię o Niebieskim narysował inny artysta - Niko Henrichon. W porównaniu z regularnym rysownikiem serii, wypadł on jednak słabo.

W posłowiu scenarzysta Bill Willingham pisze: "Oto więc znaleźliśmy się w siedemdziesiątym piątym zeszycie. Zatrzymaliśmy się na chwilę, by złapać oddech, ale czas najwyższy iść dalej. Mamy przed sobą wciąż daleką drogę". I co teraz? Czy będzie pokój? Czy może swe oblicze ujawni nowe zagrożenie? Idźcie dalej pewnym krokiem, ekipo Baśniowych twórców. Idźcie, trzymając poziom dotychczasowych jedenastu tomów, a będzie dobrze. 
"Baśnie (11): Wojna o pokój". Scenariusz: Bill Willingham. Rysunki: Mark Buckingham, Steve Leialoha, Niko Henrichon, Andrew Pepoy. Kolory: Lee Loughridge, Andrew Pepoy. Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2013