Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

środa, 28 października 2009

Wartości rodzinne 3" - Śledziu

Autor: Dominik Szcześniak

Gdyby Homer Simpson był Polakiem, na imię byłoby mu pewnie Edgar, a na nazwisko Król. Od momentu ukazania się premierowego odcinka "Wartości rodzinnych" Śledziu jeszcze nigdy nie zbliżył się do konwencji "Simpsonów" tak bardzo, jak w "Porwaniu na srebrnym ekranie".

Widać to szczególnie w pierwszej połowie k
omiksu, w której Królowie zwiedzają studio telewizji Kanał. Edgar cieszy się (jak również dziwi się światu) niczym Homer, Elżbieta jest opanowana jak Marge, Tara razi dziecięcymi mądrościami jak Lisa, Tobiasz - zupełnie w stylu Barta - staje się przyczyną tragedii, która ma miejsce podczas występu Tucholskiego Patrolu. W tle przewija się Bingo Benek - niemalże klown Crusty. Przechadzka po studiach okraszona jest odautorskimi komentarzami dotyczącymi mechanizmów, jakie napędzają telewizję. Śmiechu jest przy tym niewiele.

Mniej więcej w połowie komiksu następuje powrót do poziomu "Wartości rodzinnych", znanego z poprzednich odcinków serialu - akcja zaczyna wymykać się
z niesprzyjającej ciekawym rozwiązaniom fabularnym telewizji Kanał i przenosi się w kilka innych miejsc na świecie. Swoje wejścia zaliczają: Pan J., generał Grot, ukraińska pomoc domowa Misza, czyli postaci dobrze znane Czytelnikom serii. Przede wszystkim zaś Śledziu ponownie raczy nas retrospekcjami, wśród których znajduje się clue każdego odcinka, gwóźdź programu i strzał w dziesiątkę - retro z Edgarem, obowiązkowo rozdzierającym szaty. I po dość nużącym wprowadzeniu, drugą połowę lektury można spędzić na beztroskim śmianiu się wniebogłosy.

Strony przepoławiające komiks, a więc w przypadku tego odcinka oddzielające jego kiepską część od wyśmienitej, wypełnione są pin-upami autorstwa Piotra "Jas
zcza" Nowackiego i Szaleta. Do tej sympatycznej otoczki zaliczyć należy również fikcyjne reklamy filmów, znajdujące się na wewnętrznych stronach okładek oraz sugestywną zajawkę zeszytu w postaci "Upadku Edgara" ze strony ostatniej (wobec której ciężko przejść obojętnie).

Trzeci odcinek "Wartości rodzinnych" to w połowie rarytas, a w połowie kalka. Ci, którzy lekturę poprzednich części mają już za sobą, nie powinni się jednak zastanawiać nad zakupem tej - kilka dowcipów tu zawartych to mistrzostwo świata. Cieszy również otwarte zakończenie - żaden z poprzednich odcinków nie kończył się jeszcze takim suspensem. Parafrazując slogany z okładek "X-Men" z dawnych czasów, można by stwierdzić, że "w świecie państwa Król nic już nigdy nie będzie takie samo!". Czy rzeczywiście? - na odpowiedź trzeba będzie poczekać do następnego odcinka. W nieznośnym zawieszeniu.
"Wartości rodzinne 3. Porwanie na srebrnym ekranie". Autor: Michał "Śledziu" Śłedziński. Wydawca: Kultura Gniewu 2009

wtorek, 20 października 2009

"Mężczyzna - przedmiot pożądania" - Konig

Autor: Dominik Szcześniak

Latem ubiegłego roku Ralf Konig debiutował w Polsce komiksem "Konrad i Paul" - zbiorem krótkich, zabawnych historii z tytułową parą homoseksualistów w roli głównej. Premiera komiksu, reklamowanego jako "pierwszy gejowski komiks w Polsce" zbiegła się z paradą równości. W tym miesiącu, w cieniu równie wściekle anonsowanej "pierwszej antologii lesbijskiej", ukazał się "Mężczyzna - przedmiot pożądania", pełnometrażowy album niemieckiego rysownika. Tłem dla wydania nie była już kontrowersja, a motorem napędowym nie był skandal. Ocenę komiksu można więc wyprowadzić bez wgłębiania się w preferencje seksualne autora, lecz na podstawie jakości materiału, jaki przyrządził.

A ów materiał to rasowy komiks obyczajowy, oscylujący wokół kwestii
seksualności w przeróżnych jej odmianach. Konig opowiada o heteroseksualiście, który po nieudanej próbie samobójczej (zainicjowanej wskutek opuszczenia przez dziewczynę) wkręca się w grono homoseksualistów by odreagować stratę. Axel Feldheim jest typowym macho, umięśnionym i niedogolonym. Takim, na którego lecą absolutnie wszyscy w tym komiksie. Wysyłając Axla na wędrówkę po pedalskich imprezach, Konig konfrontuje ze sobą zachowania charakterystyczne dla konkretnych orientacji seksualnych, co stwarza mu nieograniczone pole do tworzenia komicznych sytuacji (świetne odsłony z "grupą wsparcia dla mężczyzn" bombardowaną dobrymi radami przez homoseksualistę). W swoich obserwacjach wykazuje się równym traktowaniem gejów i heteryków, stwierdzając wręcz, że "w każdym siedzi gej". Walczy tym samym ze stereotypami, z jakimi zwykło się wiązać homoseksualistów.

Ogromnym plusem Koniga jako komiksiarza jest umiejętność konstruowania konkretnych, zabawnych i mięsistych dialogów. "Mężczyzna - przedmiot pożądania" nie jest co prawda zapisem życia gejowskiej pary, skupionym w zabawnej formie kilkuplanszówki (jak to miało miejsce w przypadku "Konrada i Paula") - w zwartej, ponad stu stronicowej fabule również jest miejsce zarówno na humor kloaczny, jak i bardzo trafne i mądre obserwacje dotyczące życia. Przeważa to drugie, dzięki czemu zamiast łóżkowych wygibasów Konrada i Paula, możemy obcować z nieco mniej dosadnym i wulgarnym traktowaniem tematu. Co nie znaczy, że
mniej zabawnym.

Czerpiąca inspiracje z undergroundu kreska Koniga jest prosta, a kolejne rysunki pojawiają się w podobnych układach kadrów na niemal identycznie skomponowanych stronach. Nie jest to zarzut, a raczej wręcz niezbędnik dla tego rodzaju opowieści, w których istotne jest przede wszystkim płynne prowadzenie fabuły, a nie fajerwerki graficzne. "Mężczyzna - przedmiot pożądania" zaadaptowany został na potrzeby filmowe. Próżno doszukiwać się tej brudnej podziemnej krechy w buzi Tila Schweigera, który zagrał w filmie główną rolę. Adaptacja spotkała się jednak z dużym poklaskiem publiki i krytyki, a film stał się jednym z najpopularniejszych w niemieckiej kinematografii.

"Mężczyzną - przedmiotem pożądania" wydawnictwo Abiekt.pl za
atakowało nieco z zaskoczenia. I bardzo bym sobie życzył więcej tego typu niespodzianek. Komiksów inteligentnych, świetnie napisanych i kipiących dowcipem jakby jakoś mniej się u nas na rynku zrobiło. Ten niewątpliwie do nich należy. Dlatego wszystkich niezdecydowanych, o każdej orientacji seksualnej i dowolnym kolorze skóry Czytelników odsyłam do zapoznania się z tą produkcją.

"Mężczyzna - przedmiot pożądania". Autor: Ralf Konig. Tłumaczenie: Przemysław Wnuk. Wydawca: Abiekt.pl 2009

poniedziałek, 19 października 2009

"Hellblazer: Płomień potępienia" - Ennis, Dillon, Simpson, Snejbjerg

Autor: Dominik Szcześniak

Po raz pierwszy w Polsce usłyszeliśmy o Johnie Constantine na stronach klubowych komiksów Tm - Semic, gdzie Arek Wróblewski opisywał komiksy z dość orientalnej dla nas wówczas linii wydawniczej Vertigo. Czytelnikom, którzy pamiętają te czasy, głęboko w pamięci utkwił na pewno następujący zwrot określający Johna: "palący papierosy cynik w prochowcu". Każdy wydany do tej pory tom "Hellblazera" potwierdzał ten opis. Aż do najnowszego, który ukazał się nakładem Egmontu w tym miesiącu. "Płomień potępienia" ukazuje innego Johna Constantine. Pozbawionego ciętego języka, zagubionego i siedzącego w przedziale dla niepalących.

Razem z wizerunkiem głównego bohatera, na emeryturę udał się niezawodny do tej pory zmysł pisarski scenarzysty serii. Garth Ennis zabrał Johna na wędrówkę po Stanach Zjednoczonych Ameryki, w nader osobistym tonie wypowiadając się na temat fundamentów, na jakich ten kraj został zbudowany. I choć punkt wyjścia miał niezły i zapowiadający horror w oparach voo doo, to rozwinął go w psychodeliczną peregrynację, która nie do końca u
satysfakcjonuje fanów serii.

Constantine, potulny jak baranek, ląduje w Stanach na wezwanie Papy Midnite - postaci, która pojawiła się we wcześniejszych, niewydanych w Polsce tomach serii i która z Johnem ma wyraźnie na pieńku. Papa jest szamanem voo doo. Dzięki swoim czarom sprowadza Johna do normalnego Nowego Jorku, a wysyła na spacer po Nowym Jorku, przypominającym piekło. Nowym Jorku, w którym niebo jest wciąż czerwone, zamiast śniegu pada koka, a były prezydent Stanów Zjednoczonych, podtrzymując wypływający z tyłu głowy mózg, maszeruje by odbić Biały Dom. John spotyka eksentryczne postaci, uczy się na nowo mówić "fuck" i bierze udział w kilku przepełnionych krwią akcjach.


I choć brzmi to całkiem ciekawie, to niestety Ennis pisze tak, jakby każdą kolejną stroną chciał udowodnić, że to jest jego najgorszy komiks z przygodami gościa w prochowcu. Wymuszone dialogi i rwana narracja sprawiają wrażenie, jakby nie ogarniał tematu, z jakim chciał się zmierzyć, a tarantinopodobne anegdotki wypadają blado i bardziej nużą
niż śmieszą. Nieco lepiej jest w dalszych, niezwiązanych z tytułowym plotem, krótkich historiach, w których Ennis szybko ucieka w przytulne i znane sobie rejony Dublina. Zupełnie jakby sam czuł, że "w Stanach mu nie poszło". Cofając się do lat osiemdziesiatych, Ennis pokazuje pierwsze spotkanie Johna z Kit, wówczas jeszcze dziewczyną Brendana, a już w teraźniejszości wysyła Constantine'a na sentymentalną podróż po dublińskich barach, w towarzystwie starego przyjaciela. Zwieńczeniem albumu jest pojednanie Johna z Chasem, innym starym kumplem, którego zresztą polski czytelnik zna z poprzednich tomów serii.

Choć "Płomień potępienia" opowiada o wędrówce Johna Constantine, od pierwszej do ostatniej strony jest tak naprawdę powolnym spacerkiem Gartha Ennisa ku dobrej formie. A dobra forma to dla tego scenarzysty naszpikowana ogromną ilością pr
zekleństw i zakrapiana hektolitrami Guinessa, sentymentalna historia o prawdziwej męskiej przyjaźni. Szkoda, że dostajemy ją pod sam koniec tego tomu. Najwidoczniej kryje się tam, gdzie Dublin i Londyn, a w Ameryce próżno jej szukać.

Zupełnie odwrotnie jest z warstwą graficzną - na początku rysuje świetny warsztatowo Steve Dillon, po czym zastępują go Will Simpson (znany z "Niebezpiecznych nawyków" i ze swojej tendencji do rysowania twarzy Johna w sposób najbrzydszy z możliwych) oraz Peter Snejbjerg (który rysował "ogony" również w "Preacherze"). Jako, że Dillon narysował najwięcej wydanych u nas tomów "Hellblazera", każda wizja Constantine'a odmienna od jego,
może wydać się nieprzystająca do tej postaci.

"Płomień potępienia" jest albumem strasznie nierównym, przez co najgorszym z wydanych do tej pory w Polsce. Tląca się pod jego koniec iskierka nadziei zapowiada jednak świetną zabawę w następnym tomie. A ten można potraktować jako poligon doświadczalny Gartha Ennisa. Wielbiciele Johna i tak postawią go na półce, choćby po to, by zobaczyc jak wraca do bycia "palącym papierosy cynikiem w prochowcu".
"Hellblazer: Płomień potępienia". Scenariusz: Garth Ennis. Rysunek: Steve Dillon, William Simpson, Peter Snejbjerg. Kolor: Tom Ziuko, Stuart Chaifetz. Okładka: Glenn Fabry. Wydawca: Egmont 2009

sobota, 17 października 2009

"Epizody z Auschwitz" # 1 i 2

Autor: Dominik Szcześniak

Na temat serii, prezentującej oparte na faktach losy ludzi, którzy byli więźniami Auschwitz, mieli już okazję na łamach "Ziniola" wypowiedzieć się jej autorzy - Michał Gałek (scenarzysta serii) i Arkadiusz Klimek (jeden z jej rysowników). "Epizody z Auschwitz" to projekt zakrojony na szeroką skalę - komiksy z tego cyklu ubierają historię w płaszczyk rozrywki na miarę współczesności, przyciągają szatą graficzną i produkowane są w dziewięciu językach, przez co mają szansę trafić do sporego grona odbiorców. Przed premierą pierwszego odcinka serii, zatytułowanego "Miłość w cieniu zagłady", na ten pomysł można było patrzeć jak na kolejną toporną łopatologię, eksplorującą tematykę historyczną w stylu podręcznikowym. Po premierze należy tę myśl zrewidować. Bo "Epizody z Auschwitz" to, wedle zamierzenia, komiks edukacyjny, ale też (a może i przede wszystkim) rozrywkowy.

Polski komiks historyczny, tak ostatnimi czasy popularny, poza kilkoma wyjątkami, zasadzał się na prostej technice
dorysowywania ilustracji do tekstów historycznych. Twórcy "Epizodów" poszli inną drogą i postawili na sensacyjne opowieści, przepełnione akcją i emocjami. Historia Edwarda Galińskiego i Mali Zimetbaum - pary, która w Auschwitz się poznała i wspólnie podjęła próbę ucieczki to według autorów komiksu love story z efektownym escape w stylu "Prison breaka". Opowieść o Witoldzie Pileckim, który w Auschwitz zjawił się jako ochotnik, mający na celu zbadanie sytuacji od wewnątrz to w świetle "Raportu Witolda" historia o legendzie, patriotyzmie i nadstawianiu drugiego policzka. Scenarzysta ubarwia postaci, na potrzeby komiksu topiąc je w patosie. A w posłowiu, konsultant naukowy potwierdza zgodność wydarzeń z tymi, które naprawdę miały miejsce w Auschwitz, powołując się m.in. na relacje świadków.

W tle tych popowych wydarzeń drzemie jednak przemycana w kadrach nauka - widać, że zarówno scenarzysta, jak i rysownicy bardzo poważnie podeszli do budowania swojej opowieści na materiałach źródłowych. Dzięki konsultacjom specjalistów udało im
się wiernie odtworzyć realia historyczne, sylwetki postaci, jak również szczegóły topograficzne dotyczące obozu w Auschwitz. Przy okazji, nie jest to ugrzeczniona wersja historii obozu. Przeznaczony dla czytelników powyżej szesnastego roku życia serial, bez oporów przedstawia drastyczne sceny, jak również nie ucieka od stosowania lekkich wulgaryzmów.

O tym, że komiksy z serii "Epizodów z Auschwitz" nie są przegadane, już wspominałem. Scenarzysta zupełnie zrezygnował tutaj z jakichkolwiek wstawek serwujących sentencje z podręczników historii. "Miłość w cieniu zagłady" opiera się tylko i wyłącznie na dialogach i współgrającej z nimi grafice, "Raport Witolda" natomiast, z racji zawartych w nim retrospekcji, opleciony jest w narrację głównego bohatera. Obie metody sprawdzają się świetnie. Dodatkowo, wyczucie komiksowego medium sprawiło, iż te komiksy "żyją" i, nie będąc przytłoczonymi tekstem, obfitują w sceny, które dają oddech, spowalniają akcję w odpowiednich momentach i operują samym tylko obrazem.

Ten powiew świeżości to zasługa grafików, którzy nie rysują pod pręgierzem wspominanego przeze mnie już wielokrotnie podręcznika historii, lecz pozwalają sobie na swobodną kompozycję plansz czy też sceny "nieme". Obaj rysownicy świetnie wywiązali się ze swojego zadania, jednak szczególną uwagę chciałbym zwrócić na prace Arkadiusza Klimka, który w "Raporcie Witolda" pokazuje światowy poziom. Kompozycja plansz, kadrowanie, niekonwencjonalne rozwiązania graficzne, zabawy ujęciami - wszechstronność, jaką ten rysownik pokazuje jest imponująca.

Rysowane z werwą, romantyczne opowieści osadzone w największym nazistowskim obozie koncentracyjnym - oto "Epizody z Auschwitz". Dodając do tego wcześniejsze porównanie do "Prison Breaka" (całkiem trafne zresztą, w kontekście pulpy, młodzieżowego targetu serii oraz intencji, towarzyszącej autorowi przy tworzeniu komiksu), wysnute przez samego scenarzystę, otrzymujemy całość, która wielu może wydać się kontrowersyjna lub niestrawna przez wzgląd na "szarganie świętości" i brak martyrologicznego podejścia. To jest komiks faktu dla mas. Uczy w sposób nader interesujący. I jest fantastycznie narysowany.

"Epizody z Auschwitz" # 1 ("Milość w cieniu zagłady"). Scenariusz: Michał Gałek. Rysunek: Marcin Nowakowski. #2 ("Raport Witolda"). Scenariusz: Michał Gałek. Rysunek: Arkadiusz Klimek. Kolor: Piotr Rosner. Okładki: Tomasz Jędrzejowski. Wydawca: K&L Press 2009

piątek, 16 października 2009

Wywiad z Arkadiuszem Klimkiem

Autor: Dominik Szcześniak

Rysownik, ilustrator, "nasz człowiek w Soleil". Współautor "Strażników Orlego Pióra", "Słynnych polskich olimpijczyków" oraz antologii "Copyright", "11/11 = Niepodległość" i "Likwidator - Alternative". Wykonywał ilustracje do "Nowej Fantastyki", "Newsweeka" czy "Playboya". Wiele z jego fantastycznych prac można zobaczyć na prowadzonym przez niego blogu. W październiku ukazał się drugi z "Epizodów z Auschwitz", zatytułowany "Raport Witolda", z jego rysunkami. O pracy nad nim oraz o planach na przyszłość rozmawiam z Arkadiuszem Klimkiem.

Dominik Szcześniak: Czy praca nad "Epizodami" nie wpłynęła na tempo pracy "naszego człowieka w Soleil" (jak Cię określił Maciek Pałka) nad albumem dla tego wydawnictwa? Wszystko idzie zgodnie z planem?

Arkadiusz Klimek:
Właściwie to nie. Projekt ten zost
ał zawieszony. Nie będę mówił z jakich przyczyn na forum, kto wie o co chodzi, ten wie. A i dzięki wielkie Maciejowi za określenie mnie mianem "naszego człowieka" i w ogóle thx wszystkim za wsparcie i dobre słowo – macie u mnie piwo (znów kto wie, ten wie). Mogę tylko dodać, że już w tym momencie pracuję nad czymś innym, z inną ekipą, z innego kontynentu.

Czy "Raport Witolda" był wymagającym komikse
m do narysowania, jeśli chodzi o dokumentację? Mógłbyś opisać jak ten komiks powstawał?

Oj, tak. Tony materiałów do przestudiowania, godziny spęd
zone nad analizą każdej fotografii, konsultacje z historykami i takie tam. W końcu byłem już tak obcykany, że sam zaczynałem znajdować myki, które umknęły ekipie z muzeum – np. napis na dachu kuchni z 1941 roku. Musiałem dość mocno trzymać się tutaj dokumentacji – odtwarzałem obóz praktycznie od zera – ponieważ stan dzisiejszy znacznie odbiega od tego z lat 40 – 42.

"Raport" nie jest
narysowany w sposób toporny, jak inne komiksy historyczne tworzone w Polsce. Są miejsca na przestoje akcji, na sceny milczące, kadry nie są przeładowane tekstem... taki był zamysł? By nie zanudzić, a ukazać sprawę w sposób atrakcyjny?

Ogromna zasługa Michała. Znamy się już prawie jak Łyski z pokładu Idy, pracujemy ze sobą parę lat, nauczyliśmy się więc jak ta forma ma wyglądać, jak budować planszę, napięcie, oddech. Jak "opowiadać historię", by nie zmęczyć czytelnika. Jak zauważyłeś, komiksy historyczne są mocno szlachtowane przez scenarzystów ogromną ilością informacji, które, czasami nawet nie z ich winy, musiały znaleźć się w formacie. Traci na tym przestrzeń obrazu, przekaz zostaje rozmyty, a to co jest największym atutem komiksu – rysunek - ginie gdzieś w ferworze walki, przegrywa z na wskroś zaborczym tekstem. Szczęściem możemy pracować z inwestorami, którzy – mimo ram wyznaczonych przez serię – pozwolili nam na dużą swobodę i interpretowanie zdarzeń i obrazu. Zresztą to ma być tylko zachęta do sięgnięcia po lektury, po informacje, których nie można i nawet nie da się zamknąć w 32 stronach. A z mojej strony – miałem tutaj troszkę więcej czasu na pracę niż w przypadku "Olimpijczyków", więc i efekty są lepsze.

Jak układała się współpraca z Michałem przy tej produkcji? Czy poza scenarzystą, konsultowałeś się jeszcze z kimś innym? Czy kto
ś "stał Ci nad głową" podczas rysowania?

Michał pisze fachowe i bardzo szczegółowe scenariusze, więc praktycznie nie było sytuacji, jak w innych zleceniach, gdzie musiałem wysilać zwoje mózgowe i zastanawiać się, co autor miał na myśli. Był także pierwszym, surowym recenzentem moich plansz, zawsze bezbłędnie wyczuwając moje spadki i zwyżki formy, dojeżdżając mnie za słabsze kadry, które, po pierwszej fali złości, faktycznie poprawiałem. Jestem pięciominutowym furiatem. A co do stania nad głową – to faktycznie siedziało nade mną kilku historyków, którzy kadr po kadrze, chodak po chodaku, cegła po cegle, sprawdzali wszystko czy jest zgodne z prawdą.


Póki co w dwóch wydanych odcinkach serii różni czytelnicy mieli okazję oglądać rysunki dwóch autorów. W "Ofierze" ujrzymy trzeciego. To jest zaplanowana rotacja? Powrócisz w kolejnych odsłonach serii?

Jak Świętowid da, to może i wrócę. W tym momencie mam trochę inne plany, nadzieje i oczekiwania, a co z tego wyniknie – czas pokaże. Prz
ede mną obrona licencjatu, godziny spędzone nad linorytami, parę wystaw tu i tam, jak i życie studenckie, które w zeszłym roku jakby nie istniało.Czy uważasz, że ten dość duży projekt ma szansę powodzenia? Zaistnienia nie tylko w świadomości garstki komiksiarzy, ale też trafienia do ludzi niezainteresowanych komiksem?

Myślę, że jak coś ma odrodzić zainteresowanie sztuką komiksu wśród szerszego odbiorcy, to właśnie to. Ale być może się mylę – w Polsce, po wojnie, przez lata komunizmu systematycznie zabijano w narodzie wiedzę i miłość do jakiejkolwiek formy sztuki – od słowa po obraz i niestety efekty tej propagandowej walki mamy dzisiaj – pół-analfabetyczne społeczeństwo, używające wulgaryzmów zamiast słów, o totalnym braku wyczucia, podążającym za medialnym chłamem, jak cielęta na rzeź. Kiedyś wulgaryzm był zarezerwowany tylko dl
a artysty i chłopa, ponieważ obaj sprawowali podobne funkcje w społeczeństwie: karmili je, tylko w innym wymiarze. I mieli na to przyzwolenie, gdyż ludzie nie mogli się bez nich obejść. Dzisiaj „artystą” może być każdy, każdy może przeklinać.
Ja staram się nie przeklinać, gdyż artystą nie jestem. Wydaje mi się, że jestem rzemieślnikiem, który musi opanować swój kunszt do perfekcji. A kiedy to nastąpi, wtedy może będę się tak mógł nazywać czasem – za słowami mojego profesora od malarstwa, Piotra Jargusza, który twierdzi, że artystą się nie jest, artystą się tylko bywa.

Aby odbudować, lub zbudować rynek potrzebne są długofalowe
i dalekosiężne przedsięwzięcia, dlatego też pokładam nadzieję w tej serii – jak i pokładałem wcześniej w „Olimpijczykach”. Im więcej się mówi o komiksie, widzi się go sprzedaje w różnych formach – od komercji (jeśli można powiedzieć o komercji na tym niedorozwiniętym rynku) po dzieła wybitne i ponadczasowe. Im więcej tym lepiej.

Ilustracje:
1. Arkadiusz Klimek we własnej osobie,

2. okładka drugiego zeszytu "Epizodów z Auschwitz", zatytułowanego "Raport Witolda",

3 i 4. szkice do "Raportu Witolda".


czwartek, 15 października 2009

Wywiad z Michałem Gałkiem

Autor: Dominik Szcześniak

Debiutował w "KKK", gdzie pisał artykuły o amerykańskim mainstreamie, po czym stał się redaktorem graficznym magazynu. Zredagował i napisał antologię komiksową "Piekielne wizje" na podstawie opowiadań Grahama Mastertona. Nauczyciel rysunku, manager, założyciel pART studio, scenarzysta komiksowy. Na jego koncie, poza już wymienionymi, znajdują się komiksy "Alma" (rys. Mariusz Zabdyr, wyd. Atropos 2007), "Deduktor" (rys. Marcin Nowakowski, wyd. Atropos 2007). Jako scenarzysta współtworzył antologie "Copyright", "Człowiek w probówce", "Wrzesień" i "11/11 = Niepodległość". Jest autorem podręcznika "Podstawy rysunku architektonicznego". Obecnie zajmuje się pisaniem scenariuszy do serii "Epizody z Auschwitz". O tym projekcie, jak również o przeszłości i kondycji polskiego rynku komiksowego, rozmawiam z Michałem Gałkiem.

Dominik Szcześniak: Najpierw pisałeś w "KKK" o superbohaterach, później adaptowałeś "Piekielne wizje" Mastertona na komiks, a teraz napisałeś serię komiksów historycznych o Auschwitz. Przyznasz, że rozstrzał bardzo duży. Jak to się stało, że zająłeś się tematyką Auschwitz?

Michał Gałek: A pamiętasz "Wrzesień"? Tam była historia obozowa (ta bez kosmitów), którą zrobiliśmy z Marcinem Nowakowskim (i Wojtkiem Franzblau jako współscenarzystą). A całkiem niedawno była druga, tym razem z Arkiem Klimkiem do antologii "11/11 = Niepodległość". Jest to klimat bardzo mi bliski i piekielnie interesujący. O którym wcześniej wiele czytałem i który jakoś tam mnie inspirował, więc z mojej perspektywy jest to coś, co zawsze chciałem zrobić.

"Epizody" to projekt zakrojony na szeroką skalę. Mógłbyś coś o tym opowiedzieć?

Szeroka skala i polski rynek komiksowy są to dwie rzeczy wykluczające się nawzajem. Planując z wydawcą tę serię pytałem go, czy zdaje sobie sprawę, że w Polsce jej nie sprzeda. To znaczy – nie sprzeda fanom komiksów. On to wie i guzik go to obchodzi. Nie jest to produkt, którego być albo nie być zależy od gustów polskich czytelników. Jest ich po prostu za mało. A plany są ogromne. Mogę śmiało powiedzieć, bo znam to nasze małe getto od podszewki, że jest to największe przedsięwzięcie komiksowe w Polsce. Ever. Seria robiona przez polskich twórców, w kolorze, w dziewięciu językach! Z kosmicznymi planami ekspansyjnymi na inne rynki. I dzięki temu, że jest to temat trudny, bardzo medialny i edukacyjny, w założeniu przygotowany został na szerszy rynek. Jaki inny polski komiks miał 10 minut w głównym wydaniu "Wiadomości"?! Nie mogę na razie zdradzić więcej, ale powiem, że plany K&L Press są baaardzo ambitne.

Mimo tych rozległych planów, seria nie spotkała się ze zbyt dużym zainteresowaniem ze strony polskiej krytyki komiksowej...

Bo też my sami niespecjalnie się o to staramy. Z doświadczenia wiem, że recenzje komiksowe w Polsce nijak mają się do wyników sprzedaży. Więc po co? Poza tym tzw. branża, obawiam się, projekt ten oleje, choćbyśmy dostarczyli produkt na niewiadomo jakim poziomie. Oni nawet nie wiedzą, że Arek Klimek narysował najlepszy album realistyczny od czasów
"Achtung Zelig", jeśli nie najlepszy w ogóle! I zamiast stać w kolejce do niego po autograf, wolą zabijać się o trzydziesty autograf Rosińskiego. Wynika to częściowo z tego, że komiks historyczny, tfu, edukacyjny wręcz, źle się kojarzy. Niestety, źle kojarzy się głównie przez kolegów z branży, którzy tego typu zlecenia traktują po macoszemu, wykonując je często na żenującym poziomie. My chcemy ustanowić nową jakość graficzną w tego typu produkcjach. A ja nie chcę pisać podręcznika do historii z zajebistymi obrazkami, ale żywe, sensacyjne historie, które fajnie się czyta.
Poza tym, chłopie –
jakiej krytyki? Jeden błazen w recenzji "Epizodów z Auschwitz"#1 napisał, że Holocaust potraktowany jest tu zdawkowo, że za mało cukru w cukrze! Koleś nie tylko nie przeczytał wstępu, ale nawet tytułu serii! "Epizody", ofiaro, album numer jeden! To jest temat, który nie sposób ogarnąć one-shotem!

Jak wygląda praca nad jednym albumem serii? Wyobrażam sobie, że musisz bazować na ogromnej ilości materiałów źródłowych...

Tak, do każdego albumu jadę kilka ładnych tomów opracowań historycznych, wspomnień, relacji, itp. Przez ostatni rok nie przeczytałem właściwie nic nie o Auschwitz. Ale mi to nie przeszkadza, bo temat jest świetny, a poza tym mogę na bieżąco różne moje głupie pytania i pomysły konsultować z historykami. Dla każdego, kto pracuje nad komiksem osadzonym w realiach historycznych, taka pomoc merytoryczna to jest dream job. Jeśli zaś chodzi o sam sposób pracy, to w zasadzie nic odkrywczego – dostaję temat, robię research, rzucam pomysł na linię fabularną, potem streszczenie i jak mi klepną, jadę scenar. Z grubsza 2-3 miechy mam na album. Teraz jak siedzę w temacie, to jest błyskawica.

Ludzie odpowiedzialni za wydawanie "Epizodów" zadbali również o fachową opiekę historyków i specjalistów. Czy nie ogranicza to Twojej swobody w pisaniu scenariusza?

Wręcz przeciwnie. Czasem się nie mogę nadziwić, ile wydawca puszcza płazem. A konkretnie to bywa różnie. Prace nad epizodem czwartym – "Nosiciele tajemnicy" prowadziłem standardowo, a tu nagle pojawił się Igor Bartosik (który jest konsultantem historycznym tego odcinka) i dość brutalnie potraktował moje streszczenie. Zagotowałem się trochę, ale jak się spotkaliśmy i omówiliśmy jego uwagi, okazało się, że doskonale się rozumiemy. Część uwag wynikała po prostu z niezrozumienia samego sposobu opowiedzenia historii w sposób komiksowy. Parę rzeczy wybroniłem bez problemu, a parę zmian przyjąłem z ogromną radością, bo świetnie wpisywały się w fabułę.
Z wywiadów, zamieszczonych na www "Epizodów" można odnieść wrażenie, że jest to przede wszystkim sposób na dotarcie do młodzieży. Czy tylko taki jest target tej pozycji? Jakie stawiacie sobie cele?

Wydawca i historycy mają swoje priorytety, a my swoje. My chcemy zrobić dobre komiksy, oni chcą edukować. Całe szczęście, nasze cele się nie wykluczają. Bo to elasty
czny wydawca jest. Ale nie oszukujmy się, głównym punktem sprzedaży serii jest i zawsze będzie, muzeum w Oświęcimiu. Tam jest rok rocznie ponad milion zwiedzających, głównie młodzieży - potencjalnie gigantyczny rynek zbytu. To właśnie dla nich powstają te wszystkie wersje językowe. Ten polski nakładzik, to jest kropla w morzu. Wydawca stawia na edukację, więc te wywiady są spreparowane pod konkretny target.
Dla mnie "Epizody z Auschwitz"#1 to miał być taki "Prison Break", a okazało się, że, chcąc nie chcąc, napchałem tam tyle faktów, że bez trudu udało im się stworzyć program nauczania na jego podstawie. Jest to o tyle ciekawe, że nikt mi się nie wpieprzał, że za mało dymków, za dużo akcji. Oni bardzo dobrze wiedzą, co to jest komiks i od początku chcieli zrobić najpierw coś fajnego, a potem dopiero edukacyjnego. Między innymi dlatego mamy tylko 4 strony tekstów historycznych. Przy ogromnej sympatii do kom
iksu o Łupaszce (szczególnie dla Krzyśka, respekt) – 40 stron tekstu jako bonus, to jest bzdura. Żaden młody czytelnik tego nie przeczyta.

Wróćmy na moment do przeszłości - swego czasu aktywnie działałeś w środowisku komiksowym jako publicysta, rysownik i scenarzysta. W pewnym momencie nieco się "schowałeś". Czy powodem tego było założenie pART studio?

Z perspektywy osoby z zewnątrz, tak to chyba wygląda. Ja jednak cały czas robiłem ogromne ilości rzeczy komiksowych. Ale to prawda, że w międzyczasie powstała grupa i zaczęliśmy szukać sposobu na przeżycie. Załatwianie zleceń, pozyskiwanie klientów, budowanie marki. Udało się utrzymać ekipę z czasów "KKK" razem, a nawet rozbudować ją. Dzięki temu zawsze mogę zadzwonić do Marcina i powiedzieć: "W przyszłym tygodniu zaczynasz robić komiks – 32 strony w pół roku". I on nie pyta dla kogo i o czym. Pyta: "Za ile?", bo jesteśmy zawodowcami. Jakoś tak równocześnie z pART Studio, założyłem z kolegami pracownię rysunku, gdzie już dziewiąty rok przygotowujemy młodych ludzi do egzaminów z rysunku na architekturę. Nawet podręcznik napisaliśmy w zeszłym roku – Atropos go wydał. Bestseller zresztą, że się pochwalę.

"Piekielne wizje" zostały piekielnie źle przyjęte przez publikę. Czy nie czujesz, że po tym komiksie została Ci przypięta jakaś negatywna łatka?

Mówisz o publice, czy krytyce? Bo ja nie widziałem złych recenzji "Wizji", a publika wypowiada się chyba za pomocą portfeli. Nie wiem, czy słyszałeś, ale to też był w pewnym sensie bestseller. Nakład wyczerpał się już chyba po roku. I to nie nakład rzędu 30
0 sztuk, ale solidne 2500 egzemplarzy. A jeśli pijesz do tych kilku hejterów na forum, to mówiąc delikatnie, leję na ich opinie. Oprócz mieszanki zazdrości, kompleksów i wielkiej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi wiele w tych postach nie było. "Gałek dogadał się Mastertonem na komiksy i ściągnął zajebistą ekipę rysowników, a Mandragora mu to wydaje – dojebmy mu, bo sami na to nie wpadliśmy". Przyzwyczaiłem się już do tego typu gówniarskich ataków. Być może część z nich jest efektem mojej pracy w "KKK", gdzie czasem musiałem wypowiedzieć się na tematem czyjejś twórczości. I wyszło, że szczerość nie zawsze jest w cenie.
Z drugiej strony – tak jak mówiłem – jakiekolwiek słowa krytyki, lub zachwytu, nigdy nie miały przełożenia na sprzedaż moich komiksów. Mówisz, że "Wizje" zostały przyjęte źle, a sprzedały się zajebiście. A co powiesz o zajebistych recenzjach "Deduktora" i bardzo ciepłych "Almy"?
Ktoś się przejął? Komiksy z założenia mainstreamowe potraktowano jako autorskie pitu-pitu dla grupki kolegów z myspace. A sprzedaż wyszła średnio. Bo tu, panie kolego, w Polsce, jest pyta, a nie mainstream. Być może w tym kraju analfabetów, gdzie żadne Marvele czy Soleile się nie przyjmują, właśnie komiks edukacyjny, jak za czasów PRL-u, będzie budował główny nurt. Bo o to, czy "Epizody" będą się dobrze sprzedawać, to ja się nie martwię. Skończyły się czasy, kiedy robiliśmy takie rzeczy ideowo.

Co z "Almą" i "Deduktorem"? I w ogóle jak prezentują się plany pART studio. Czy odnalazłeś się w komiksach historycznych, czy może pragniesz wrócić do trykotów?

Sequele się robią. Ale raczej dla jaj, bo ja osobiście nie wierzę, że się u nas dobrze sprzedadzą. Trzeba by je zrobić na twardo, w 50 egzemplarzach, w skórze, najlepiej z jakimś dildo do samogwałtu jako insertem. Na takie rzeczy jest rynek. "Epizody" będę trzaskał, póki mi, albo wydawcy się nie znudzi. Nie oszukuję się – wiem, że to nie jest temat, który można robić w nieskończoność. Prawo serii. Co z tego, że wychodzi 17 z kolei "Wilq"? Zawsze się znajdzie malkontent, który pieprzy, że to już nie to samo co na początku. A poprzednie pewnie przeczytał na stojąco w Emipku.
Mam
parę grubszych planów, mam najlepszą ekipę w Polsce, którą aktualnie testuję na "Epizodach" – na pewno jeszcze o nas usłyszysz. Ale może już w innym języku.
A trykoty - no cóż, na tym się wychowałem. Mutanci nadal rządzą, choć nie jestem już na bieżąco z ich przygodami. Chcąc zarabiać na robieniu komiksów trzeba się dopasować do rynku, zmutować. Zabrzmiało to trochę przesadnie patetycznie, ale to prawda. Evolve or die muthafucka.


Co sądzisz o obecnym stanie rynku komiksowego w Polsce?

No, pokrótce to ja już się wypowiedziałem. Kiedyś byłem na bieżąco z rynkiem, z branżą. A teraz, bracie, praca, tylko praca. Ja nie ma czasu na czytanie, ja piszę. Na imprezy jeżdżę, żeby się z moim squadem zobaczyć w realu dla odmiany. I Nikodema mogę spotkać (pozdro dla całej ekipy!), ale czuję, że to już trochę nie moja bajka. Nie zależy mi, czy mnie ktoś poklepie po plecach, czy nie. A jeśli chciałbym się pobawić w typowo branżowe mierzenie pytonga, to powiem tak: "To, co dla innych jest całym nakładem, dla mnie jest jednorazowym zamówieniem z Empiku".

Ilustracje:
1. Michał Gałek we własnej osobie,

2. plansza z "Epizodów z Auschwitz" #3, rys. Łukasz Poller,

3. projekt postaci do "Epizodów z Auschwitz" # 4, rys. Michał Pyteraf,

4. plansza z "Epizodów z Auschwitz" #3, rys. Łukasz Poller,
5. projekt postaci do "Epizodów z Auschwitz" # 4, rys. Michał Pyteraf,

6. szkic okładki "Epizody z Auschwitz" #4, rys. Tomek Jędrzejowski

7. Okładki komiksów "Alma", "Piekielne wizje", "Deduktor".

wtorek, 13 października 2009

New British Comics # 2

Autor: Dominik Szcześniak

W marcu recenzowałem pierwszy numer dwujęzycznej antologii, która prezentowała dorobek brytyjskiego komiksu alternatywnego, zinowego, momentami undergroundowego. Numer drugi, który ukazał się podczas MFKiG, poza komiksami rodem z Wysp, wbrew swej nazwie zawiera również prace polskich autorów. Na usprawiedliwienie redakcja stwierdza, że jeden z nich mieszka obecnie pod Londynem, a drugi jedynie rysuje komiks, do którego scenariusz napisał Anglik (ale mieszkający w Polsce). Ok. Powiedzmy, że "jakoś" się to wpisuje w nową falę brytyjskiego komiksu.

Przede wszystkim cieszy wizualny progres magazynu - toporne, kiepskie logo, które straszyło z pierwszej okładki, ustąpiło miejsca ciekawszej winiecie. Również sama okładka, autorstwa najlepszego twórcy z numeru pierwszego - Nelsona Evergreena, robi wrażenie. Wnętrze rozplanowane jest bardzo rozsądnie, schludnie i elegancko - Czytelnik może zapoznać się z biogramami scenarzystów i rysowników, kilkoma odezwami redakcji oraz reklamami, wśród których zdecydowanie ciekawsze są te z wersji anglojęzycznej. Papier i poziom druku podobny do numeru pierwszego, objętość większa o cztery strony. A komiksy?

Ekipie produkującej nowy numer "New British Comics" udało się zebrać bardzo różnorodną grupę grafików, nieco gorzej na tej płaszczyźnie wypadają scenarzyści. Poprzeczkę komiksowej elokwencji wyznaczają komiksy: "Ostatnie lato" Dana White'a, "Amulet Ragnara" autorstwa WJC, oraz "Odkrywcy" Tony'ego Hitchmana. Pierwszy z tych shortów jest hołdem dla natury i pomnikiem ludzkiej głupoty, drugi świetnie narysowanym dowcipem o próbie kradzieży cennego amuletu z domu kolekcjonera antyków, ostatni natomiast - minimalistycznym, igrającym z formą komiksu żartem. Te trzy komiksy przedstawiają trzy różne podejścia w ich tworzeniu - Hitchman to zinowy underground, WJC przywodzi na myśl komiksy Dave'a McKeana, a White para się cartoonem. Ten stylistyczny rozstrzał należy zapisać redakcji NBC in plus.

Poza powyższymi, są również prace będące całkiem niezłym mainstreamem, czego najlepszym przykładem jest otwierający zbiorek short "Karmiąc pająki" Dave'a Thomsona. Jest tu i dobry pomysł wyjściowy i fajne rozwinięcie i świetny, niemalże post apokaliptyczny klimat, ale jest też i zakończenie, pozostawiające niedosyt. Z kolei w "Padliniarzu" Davida Hailwooda i Tony'ego Suleri dostajemy przerażającą wizję przyszłości w postaci kilku chwil ż
ycia padliniarza, handlującego częściami ciał - w tej opowiastce najmocniejsze jest zakończenie, zaserwowane przez autorów w formie pospolitego żartu. W ciekawy klimat obleczony jest komiks Davida Robertsona i Franka Lamoura, zatytułowany "Pod tęczą", a opisujący pracę Wydziału do Walki z Przestępstwami Okultystycznymi na ulicach Johannesburga. Wyczucie kreski, umiejętność zaprezentowania grozy w komiksie to niewątpliwe plusy tej pozycji.

Dobrym pomysłem jest kontynuowanie serii rozpoczętych w numerze pierwszym. Zarówno "Charlie Parker Złota rączka" - nieme jednoplanszówki o zaradnym gościu, jak i "Elexender Browne" trzymają poziom, jaki zaprezentowali pół roku temu. Z tym, że dla każdej z tych serii oznacza to coś zupełnie innego: "Charlie Parker" wciąż jest zabawny, "Elexender" zaś jeszcze bardziej pogłębia się w pretensjonalnym bełkocie. Dodatkowo otrzymujemy po kilka odcinków innych seriali, wśród których niestety zawodzi Nelson Evergreen - jego "ShadowQuake & Shnookie", opowiada o przygodach małej dziewczynki, mającej zachcianki i jej dużego robota, w nieodpowiedni sposób te zachcianki spełniającego. Fabuły ograne, żarty kiepskie. Nieco lepiej jest w przypadku "Roachwell" Collinsa i Laurie. Choć obie serie kuleją scenariuszowo, ich strona graficzna jest najlepszą w antologii.

Jacek Zabawa i Paweł Gierczak, czyli polscy przedstawiciele "nowego brytyjskiego komiksu", wypadają średnio. "Cyberpunk" Gierczaka, stworzony w stylu dalekim od "Gangów Radomia", za to bliskim "Wędrówkom po mieście Cyborgów" (skąd zapewne pochodzi) to fragment gorszy niż chociażby te, zamieszczane w "Strefie komiksu". "Groza z Bul-Bim" Zabawy, do scenariusza Maddku jest natomiast dość ożywczym graficznie kawałkiem, kompletnie zepsutym jednak poprzez niewyraźny druk. Gdyby ta praca została opublikowana w kolorze, prawdopodobnie byłby to hit numeru.

"New British Comics" #2 pod względem komiksów, jakie zawiera, jest zdecydowanie lepszą antologią niż numer poprzedni. Co jednak zaskakujące, ci, którzy w jedynce byli najlepsi, tutaj zawiedli. Nierówny poziom prac nie dziwi - w końcu jest to normalne w przypadku tego rodzaju publikacji. Cieszy natomiast polepszenie jakości edytorskiej. Jeśli redakcja utrzyma tendencję zwyżkową, wraz z numerem trzecim możemy spodziewać się naprawdę dobrego materiału.

"New British Comics" #2. Scenariusz i rysunki: Dan White, Dave Thomson, Paweł Gierczak, David Hailwood, Tony Suleri, Maddku, Jacek Zabawa, David Robertson, Frank Lamour, Rob Miller, WJC, Jon Edwards, Tony Hitchman, Lawrecce Elwick, Paul O'Connell, Leonie O'Moore, Iain Laurie, Craig Collins, Nelson Evergreen. Redaktor naczelny: Karol Wiśniewski

Errata: Komiks Pawła Gierczaka nie pochodzi z "Wędrówek po mieście Cyborgów", jak to sugerowałem w tekście powyżej.

poniedziałek, 12 października 2009

"X-Force" 116-120 - Milligan, Allred

Autor: Dominik Szcześniak

Grupa mutantów, kryjąca się pod nazwą X-Force została totalnie przemeblowana przez Petera Milligana i Mike'a Allreda. W pierwszym zeszycie autorstwa tego duetu, Czytelnicy, przyzwyczajeni do znanych sobie postaci, zostali postawieni pod ścianą: zamiast piątki dowodzonej przez Cannonballa (gość epizodycznie pojawiał się także w wydawanych w Polsce "X-menach") ujrzeli siódemkę, której szefował Zeitgeist. W dodatku, większość nowych postaci o dziwnych ksywkach przetrwała jedynie do ostatnich stron pierwszego zeszytu serii. Bowiem Milligan postanowił ich wymordować. I zastąpić nowymi dziwakami. I bez skrupułów robił to jeszcze kilka razy później. Pozwoliła mu na to autorska koncepcja serii oraz - po raz pierwszy w jej historii - brak znaczka "approved by the comic code authority" na okładce.

Na spotkaniu w Łodzi, Milligan stwierdził, że jego wersja X-Force to postmodernistyczne spojrzenie na supergrupę herosów w trykotach. W tym jakże nowoczesnym ujęciu X-Force nie jest zbiorem szlachetnych, promujących mutacje wszelkiego rodzaju kontynuatorów myśli Profesora Xaviera, lecz bandą wyrostków, nie do końca radzących sobie z funkcją, jaką przyszło im sprawować, stawiających przede wszystkim na dobrą zabawę i możliwość ustawienia się w życiu. PR, na jakim zbudowane są wizerunki członków zespołu jest identyczny do tego, produkującego nowe gwiazdki telewizji czy sceny muzycznej. Każdy z członków X-Force posiada swój fanklub, otwierane są nowe filie "X-Force Cafe", a nastroje wielbicieli podjudzane są podczas konferencji prasowych, regularnie organizowanych przez szefostwo zespołu. Również wewnętrzne sprawy grupy zostały zreorganizowane - romantyczne związki i niewinne sprzeczki zostały wyparte przez ostry seks i ciągłe kłótnie (połączone z nawalanką) o duperele.

Skład X-Force, począwszy od numeru 117 to: Bloke (używający wcześniej pseudonimu "Rainbow", różowy, paskudny wielkolud), Vivisector (autor docenionego przez krytyków pamfletu na Walta Whitmana, a jednocześnie posiadacz bujnego owłosienia na całym ciele, ostrych szponów i zębów), Phat (ziom z osiedla, który zawsze wystąpi w obronie swego przyjaciela, jeśli tylko ten jest dissowany), Saint Anna (córka argentyńskiego księdza i irlandzkiej wolontariuszki, posiadająca dar uzdrawiania), Mr. Senstitive (przemianowany w pewnym momencie na The Orphan - przywódca grupy) oraz trójka weteranów (czyli bohaterów ze stażem minimum jednego odcinka) - Anarchist (którego magiczna superzdolność oparta jest o specyficzne właściwości jego potu), U-Go Girl (posiadająca moc teleportacji) i ulubieniec tłumów, nagrywający każdy krok zespołu - stworek Doop. Gwoli formalności, skład ten został uformowany naprędce przez szefa X-Force - Coacha oraz finansującego działalność zespołu Spike'a Freemana po tym, jak poprzedni zespół uległ unicestwieniu w starciu z łotrami przetrzymującymi popularny boysband Boyz R Us.

Boyz R Us powstali zresztą jako synonim grupy X-Force. Oba zespoły są tak samo kruche i podobnie zależy im na wskaźnikach popularności. Sytuacja, w której wspólnie biorą udział jest więc trampoliną dla jednych i drugich. Mutanci, na moment przed akcją ratunkową dostają bieżące informacje od Coacha: "Zdążyli już zabić nieśmiałego gościa, który pisze piosenki. Następny ma być koleżka z dreadami". Żadnych imion, jedynie krótkie naprowadzenie odnośnie wyglądu czy cech charakteru. Podobnie z X-grupą: postaci w niej występujące są niekiedy tak ulotne, że nawet koledzy mają problem z przypomnieniem sobie ich ksywki. Ta anonimowość stoi w opozycji ze strasznym parciem na szkło, jakie prędzej czy później dotyka każdego z bohaterów. Wystarczy zerknąć na zamieszczoną obok okładkę odcinka 119, na której grupa zajmuje się ratowaniem Paco Pereza, mutanta z Republiki Bastrony. Znajdująca się na niej Święta Anna pospiesza Orphana, mówiąc, że o piątej musi być w programie Jaya Leno.

Okładka, jak i cała szata graficzna runu Milligana i Allreda to zresztą ukłon w stronę komiksu superbohaterskiego z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych - popowe kolory, oldschoolowe logo, dialogi na okładce - wszystko przygotowane tak, by zgrywało się z owym postmodernizmem, serwowanym wewnątrz. Co prawda omawiam dziś odcinki 116-120 serii, lecz nie będzie tajemnicą, jeśli zdradzę, że po numerze 129 komiks został zamknięty, po czym odrodził się w serii "X-Statix", która również została zamknięta. I znowu powróciła - pod postacią "X-Statix Presents: Deadgirl". I została zamknięta. I, jak powiedział Milligan w Łodzi, jeszcze raz powróci - jako postmodernistyczne spojrzenie na postmodernistyczne spojrzenie na superbohaterów.

Kiedyś superbohaterowie w ferworze walki oddawali się produkcji pompatycznych monologów lub też podbijali w równie puste gadki z łotrami. Nic więc dziwnego, że, kiedy Vivisector na łamach "X-Force" atakował bastrońskich żołnierzy z okrzykiem "Do diabła z Hamletem! Do diabła z Wittgensteinem! Pragnę krwi!", część stałych Czytelników odwróciła się od tego tytułu. Wielbiciele ciężkich klimatów Roba
Liefelda nie znaleźli zbyt wiele ciekawostek w milliganowskim podejściu do komiksu. Na stronach klubowych wrzało i było to wrzenie oparte na hardkorowych skrajnościach - odchodzili Ci, którzy wielbili stare, dochodzili Ci, których przyciągnęły nazwiska autorów i podejmowanie przez nich niebanalnej tematyki.

Abstrahując jednak od tych "postmodernistycznych wynurzeń", "X-Force" w ujęciu Milligana i Allreda wciąż jest jednak komiksem, w którym mutanci dają złoczyńcom po ryju, w którym sensacja goni sensację, akcja kipi z każdej ze stron, pogłębianie osobowości bohaterów odbywa się przy życzliwym współudziale retrospekcji, a w finale okazuje się, że owszem, Wolverine zawsze pomoże. Czytelnik więc dostawał to, co zwykle, ale podane w inny sposób. W sposób, który przedefiniował i zbudował od nowa postać superbohatera, ukazując go w blasku fleszy. Lekturę "X-Force" polecam każdemu. Omawiane odcinki zostały zebrane w tomie "X-Force: New Beginning".

"X-Force" #116-120. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunek: Mike Allred. Kolor: Laura Allred. Wydawca: Marvel Comics, maj - listopad 2001

sobota, 10 października 2009

"Japonia widziana oczyma 20 autorów"

Autor: Dominik Szcześniak

O specyfice antologii "Japonia widziana oczyma 20 autorów" dowiadujemy się z mejla zatytułowanego "Jesień w Japonii", wysłanego 28 marca 2004 roku przez Frederica Boilet do Etenne Davodeau. Ideą zbioru krótkich komiksów, było ukazanie Japonii oczyma zarówno twórców ją zamieszkujących, jak i narybku europejskiego, którego zwerbowaniem zajął się wspomniany Boilet, redaktor przedsięwzięcia oraz znany również w Polsce ("Szpinak Yukiko") twórca komiksów. Do oryginalnej siedemnastki polski wydawca dołączył jeszcze trójkę twórców z Polski, skutkiem czego powstało różnorodne dzieło, prezentujące Japonię w wielu ujęciach.

Ze względu na formę, jaką przybrali autorzy, komiksy obecne w antologii podzielić można na kilka grup tematycznych. Dominują reportaże i dzienniki z podróży, jest kilka impresji artystycznych, eksperymentów, dowcipów oraz komiksów stricte rozrywkowych. Polski Czytelnik odnajdzie w "Japonii" kilku twórców znanych i kilku nie publikowanych do tej pory w naszym kraju. Ci pierwsi, kojarzeni z charakterystycznym stylem (absurd de Crecy, magiczny judaizm Sfara, swoboda Śledzia) na kartach antologii wchodzą w te rejony komiksu, na które wcześniej się nie zapuszczali. Mają więc okazję do pokazania się z innej strony, do ukazania swojej wszechstronności w posługiwaniu się komiksowym medium. Drudzy mają szansę zaistnienia w świadomości Czytelnika. Komu się to udaje?

Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że "stara gwardia" trzyma się dobrze. Joann Sfar już w samym tytule zaznacza, że będzie opisywał "Tokio według Oualterou", czyli według swego francuskiego przyjaciela, mieszkającego w wymienionym mieście i mającego na nie swój specyficzny pogląd. Sfar z wielką swobodą, w podpunktach skupia się na pewnych aspektach postrzegania świata przez swojego przyjaciela - za pomocą pasków komiksowych, jednoplanszówek i nieco dłuższych form mówi o "Japończykach, którzy chcą być czarni", czy o "wesołkach z Instytutu Francuskiego", którzy pragną być Japończykami. I jak to u Sfara, poglądy Oualterou plus jego osobiste spostrzeżenia z podróży, przedstawione są z humorem i dawką mądrych przemyśleń. Podobny zabieg wyjściowy - zwiedzanie danej miejscowości - stosuje Nicolas de Crecy w "Nowych bogach". Kojarzony z psychodelicznymi opowieściami, tym razem w dość stonowany sposób odwołuje się do bezrefleksyjnego konsumpcjonizmu, obecnego w Japonii. Towarzyszy mu jego śliniący się na widok Japonek menadżer, a celem wizyty jest próba stworzenia projektu maskotki na olimpiadę w Paryżu w 2016 roku. Choć komiks ujęty jest w pewnym sensie w formę sprawozdania z podróży, de Crecy podbarwił go szaloną fikcją, dzięki której "Nowi bogowie" nie są wcale tak przyziemni i wpisują się w charakterystyczne wyznaczniki twórczości tego autora.


Skoro mowa o najlepszych komiksach w zbiorku, stworzonych przez znanych autorów, to w tej kategorii błyszczy również Śledziu. "Fałszywy trop" to przewrotny epizod detektywistyczny inspektora Katsu Shina i jego pomocnika - małpki Yori. Osadzony w tokijskich realiach kawałek jest powrotem Śledzia do komiksu czarno - białego. Nie tylko dzięki temu jest to komiks znakomity - obok fenomenalnej grafiki, autor przedstawia nam bowiem komiks z pomysłem. Z jajem. Z zabawną puentą. Innymi słowy: komiks w pełni rozrywkowy
. W "Japonii" takie utwory znajdują się w mniejszości. "Fałszywy trop" stoi w opozycji do dość kiepskich "wędrówek wgłąb siebie", o których będę jeszcze wspominał.

Zanim jednak o nich - jeszcze kilka słów o rzeczach wartych uwagi:
"Letnie niebo" Taniguchiego - prosta, spokojna, bardzo typowa dla autora krótka historia o miłości w nostalgicznej scenerii. Kilkanaście plansz, zawierających mnóstwo emocji, czyli 100% Taniguchiego w Taniguchim, jakiego do tej pory znaliśmy w Polsce.
"Kankichi" Taiyo Matsumoto - w noce o autorze czytamy: "zainspirowany komiksem franko - belgijskim, w szczególności pracami Moebiusa, stworzył
swój unikalny styl". Jeśli "unikalnym stylem" nazwiemy ujmowanie planszy w jeden tylko kadr i brak granic między rysunkami w tymże kadrze, to Matsumoto rzeczywiście jest jego przedstawicielem. "Kankichi" to przede wszystkim świetna kreska, ale też znakomicie napisana przypowieść o chłopcu, którego jedyną pasją było rysowanie a jedynym kumplem - biały pies.
"Miasto drzew" - Fabrice Neaud. To z kolei przedstawiciel stricte reporterskiego ujęcia Japonii w komiksie. Pierwszy rzut na jego pracę pozwala docenić k
unszt graficzny i jednocześnie przerazić się ilością tekstu w ramkach. Na szczęście Neaud pisze w sposób niesamowicie żywy, a wprowadzenie do relacji własnych spostrzeżeń na wszelakie tematy dodaje historii smaku.
"Sapporo fiction" Etienne Davodeau jest również komiksem reporterskim, z tą różnicą w stosunku do innych, zamieszczonych w antologii, że autor jest jedynie gościem na jego kartach. Relację przedstawia sześćdziesięcioletni rybak z wyspy Hokkaido, który w drodze na spotkanie ze swoim bratem bliźniakiem, spotyka francuskiego twórcę komiksów. Davodeau, nie dość że ujmuje temat w uciekające schematom ramy, ożywia swoją opowieść za
pomocą świetnych zwrotów akcji i zaskakującej puenty, a zatem elementów zwykle nieobecnych w komiksach reporterskich.
"Osoczańska robota" - Jakuba Babczyńskiego i Radosława Bolałka. Komiks rysownika, który debiutował w "Vormkfasie" i ma na koncie album "Ballada o Eulalii" oraz wydawcy, który zalicza debiut jako scenarzysta. Historia jest szalenie prosta, choć nieuważnego Czytelnika może wyprowadzić na manowce.
Nie jest to dzieło wybitne, ale po jego lekturze można lekko się uśmiechnąć bądź równie lekko unieść brwi do góry.

Poza omówionymi komiksami, traktującymi temat w sposób wyczerpujący reportersko, dowcipny, nostalgiczny czy całkowicie fikcyjny, zdarzyły się w "Japonii" przypadki gorsze. Gdyby prace, które za chwilę omówię zebrać w jednym tomie, zatytułowanym "Japonia oczyma 10 autorów" to byłby to bardzo smutny zbiorek, osadzony w klimatach, podobnych do panujących w komiksie polskim w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wędrówka wgłąb siebie, graficzne metafory zrozumiałe tylko dla autora komiksu plus jakiś kiepski żart czasami.

Komiks w tym stylu otwiera antologię - tytuł "Nad brzegiem morza" mówi wiele zarówno o miejscu akcji, jak również o jej braku. Lepiej jest we "Wrotach wejściowych" Prudhomme'a - jakaś cienka linia dzieli ten komiks od bycia genialnym. Sam pomysł - powiązania ucieczki dwóch par butów ze starą legendą - owocuje jednak tylko genialną puentą. Niewiele brakuje również pracy Aurelii Aurity - świetny rysunek, znakomite kadrowanie, ale upstrzony retrospekcjami scenariusz nie przekonuje. Jedyne, co w nim dobre, to powtarzane po wielokroć i w przeróżnych sytuacjach na kartach komiksu jego motto, będące zarazem tytułem: "Teraz już mogę umrzeć!"

Schuiten i Peeters oraz Guibert nie zdecydowali się na komiks. Duet odpowiedzialny za "Mroczne miasta" skompilował fantastyczne rysunki z nieco abstrakcyjnym tekstem o Orduromanie - silnym chrząszczu, rozprawiającym się z yakuzą w Osace w 2034 roku. Ciekawostka i nic poza tym. Guibert uciekł się do podobnego rozwiązania, jednak prawdopodobnie z lepszym rezultatem literackim.

"Słonecznik" Little Fisha i "W alkowie miłości" Boileta to dwie prace, pod względem graficznym bardzo do siebie podobne. Ale nie z tego powodu najgorsze w antologii. Pierwsza jest impresją autora na temat słoneczników, druga tekstami o segregacji śmieci opisuje ciąg ilustracji wiodących z ulic miasta do mieszkania autora. "Śpiew cykad", "Festiwal dzwoniących koni" i "W puszczy" zamykają dziesiątkę najgorszych komiksów w "Japonii". Dobrze, że jest jeszcze druga dziesiątka, umiejscowiona na przeciwległym biegunie.

"Japonię" z racji przenikania się pewnych motywów, które powstały w głowach autorów niezależnie od innych uczestników przedsięwzięcia, można uznać za dzieło spójne. U wielu z twórców przewija się motyw tajfunu, czy pasażu handlowego, jako najbardziej
rzucających się w oczy elementów witających przyjezdnych do Japonii. Często autorzy nawiązują ze sobą nieświadomy dyskurs: gdy Fabrice Neaud, stacjonujący w Sendai zastanawia się nad tym, gdzie się podziali japońscy geje, przyjaciel przybyłego do Tokio Joana Sfara wydaje się znać odpowiedź na to pytanie. Odnaleźć można również wspólne tropy graficzne (niemal bliźniacze ujęcia u Boileta i Aurity), nie wspominając nawet o podobnych spostrzeżeniach europejskich komiksiarzy na temat japońskiej uprzejmości czy piękna japońskich kobiet.

"Japonia oczyma 20 autorów", jak każda antologia posiada momenty słabsze i lepsze, które tutaj rozłożyły się mniej więcej po połowie. Z racji obecności kilku naprawdę świetnych komiksów, warto ten zbiór mieć na półce.


Ilustracje:
1. "Osaka 2034" - Schuiten i Peeters,
2. "Festiwal dzwoniących koni" - Igarashi,
3. "Fałszywy trop" - Michał "Śledziu" Śledziński.

"Japonia widziana oczyma 20 autorów". Scenariusz i rysunki: Ken Takahama, David Prudhomme, Jiro Taniguchi, Aurelia Aurita, Francouis Schuiten i Benoit Peeters, Jakub Babczyński i Radosław Bolałek, Emmanuel Guibert, Nicolas de Crecy, Taiyo Matsumoto, Joan Sfar, Little Fish, Michał Śledziński, Moyoko Anno, Frederic Boilet, Fabrice Neaud, Daisuke Igarashi, Kazuichi Hanawa, Etienne Davodeau. Tłumaczenie: Magdalena Tomaszewska - Bolałek. Wydawca: Hanami 2009