Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Wywiad z Piotrem Nowackim

Autor: Dominik Szcześniak

Piotr Nowacki, znany również pod pseudonimem Jaszczu, w ciągu kilku lat wypracował sobie solidną markę twórcy komiksowego. Zaczynał jeszcze w czasach kserowanych zinów, a obecnie ma na koncie kilka albumów oraz szereg publikacji w magazynach. Znany jest przede wszystkim ze współpracy z Bartoszem Sztyborem (ich wspólny komiks "Szóstego dnia" zajął trzecie miejsce w kategorii profesjonalistów podczas ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi), Piotrem Szreniawskim ("Kwaziu i turystki"), Danielem Gizickim ("Kwaziu 2") i Ireneuszem Mazurkiem ("Mutująca teczka"). Najlepiej czuje się w stylistyce komiksu cartoonowego, w związku z czym najnowszy projekt, którego jest współtwórcą, nosił będzie tytuł "Karton". Zapraszam do przeczytania wywiadu z tym sympatycznym i niezwykle płodnym komiksiarzem.

Dominik Szcześniak: Nie wkroczyłeś w świat komiksu polskiego nagle. Wypracow
ałeś to wejście krok po kroku. Możesz opowiedzieć o samych początkach swojego rysowania?

Piotr Nowacki: Początki są bardzo zamierzchłe. Pierwsze komiksy powstawały w zeszytach w kratkę, kiedy jeszcze dobrze nie umiałem pisać. Miałem takie 60-kartkowe zeszyty i zarysowywałem je od deski do deski. Niektóre z tych pierwszych komiksów można znaleźć na moim blogu. Moim ulubionym moim komiksem z tamtych czasów jest Afer Bladwer, który jest pochodną "Tajfuna" Raczkiewicza. Komiksy ze "Świata Młodych" były moją pierwszą inspiracją.

W Twojej obecnej twórczości widzę więcej z "Blubeksa" niż Raczkiewicza! Śledziłeś tę serię na łamach "ŚM"?

O nie, "Blubeksa" nie kojarzę. Pamiętam za to taki szalony komiks ze stworkami, które wychodziły ze snów. Pensjonat snów, czy coś w ten deseń.

Tak. Klimaty cartoonowe. Z tego co widzę, są Ci bliskie? Dlaczego?


Ta stylistyka zawsze silniej przyciągała mój wzrok. Kiedy w
ychodziły komiksy z Orbity, to seria "Hugo" bardziej mnie pacała niż "Tetfol" czy nawet "Thorgal", i to właśnie w dużej mierze ze względu na rysunek. Uwielbiam też oglądać kreskówki. Kiedy w Polsce pojawił się Cartoon Network, zwariowałem na punkcie seriali z tej stacji.

W tej kwestii (cartoonu) pod swe skrzydła przygarnęli Cię patroni: Śledziu i KRL. I widać, że ciągle szkolisz warsztat. P
ochlebne opinie z ich strony były dla Ciebie zapewne mobilizujące.

Tak, pochlebne opinie ze strony chłopaków były dla mnie potwornie mobilizujące, ale przede wszystkim było to dla mnie ogromne zaskoczenie. Zdaje sobie sprawę, że to było właśnie takie poklepanie po plecach na zachęte i zapewniam, że sodówka do głowy mi nie uderzyła. Potrafię na chłodno ocenić swoje umiejętności i widzę całą masę kozaków, którzy mnie przebijają w temacie rysunek.

Prace patronów zapewne Cię inspirują. Czyje jeszcze?

Na pewno ekipa Produktywnych odcisnęła ogromne piętno na tym co dziś robię. KRL, Marek Lachowicz, Śledziu. W ogóle dzięki "Produktowi" wróciłem do rysowania i zainteresowania komiksem po wielu latach przerwy. Ale takie pierwsze pierwsze inspiracje to na pewno Szarlota Pawel, Baranowski, Skrzydlewski, Butenko no i niedościgniony Christa.

Przemycałeś te inspiracje w swoim pierwszym znanym komiksie, "Mutującej teczce"?

Starałem się. "Mutująca teczka" to był mój pierwszy "poważniejszy" poligon doświadczalny. Czas ostrych poszukiwań, podpatrywania właśnie różnych patentów u innych i próby przenoszenia ich na mój grunt. Dla mnie się wtedy nawet niespecjalnie liczyło to, czy scenariusz jest dobry czy nie. Chciałem po prostu rysować komiksy a sam nie miałem żadnych pomysłów.

Dzisiaj, mając już sporo doświadczenia na karku, skrupulatniej dobierasz sobie scenariusze?


Dzisiaj to już praktycznie współpracuję tylko z jednym scenarzystą - Bartkiem Sztyborem. Do tej pory nie zrealizowałem chyba tylko jednego scenariusza, który dla mnie napisał. Ale to też nie dlatego, że nie podobała mi się historia, którą wymyślił. Po prostu nie potrafiłem jej w zadowalający dla mnie sposób narysować. A poza tym to biorę wszystko co Bartek napisze niemal w ciemno. Cholernie zdolny i pracowity typ.

A inni, z którymi współpracowałeś?

Doceniam współpracę ze wszystkimi scenarzystami, których spotkałem na swojej drodze. Każdy z nich ma niejedną ciekawą historię do opowiedzenia. Jednak zdecydowanie najbardziej jestem zadowolony z tych komiksów, które zrobiłem z Bartkiem.


Kwaziu to postać, nad którą pracowałeś z kilkoma róznymi scenarzystami. Różnice w podejściu, inny system tworzenia komiksu, inne myślenie,,, jak
to wpłynęło na Twoją pracę?

Pierwszy "Kwaziu" zrobiony z Piotrem Szreniawskim to był zbiór 64 pasków, które ułożyły się w jedną historię. Piotr napisał te paski chyba w jeden dzień. Moje tempo rysowania było również szaleńcze. I to niestety widać. Wtedy rysowałem jeszcze bardzo sztywno. Postaci są jak rysowane przy linijce. Masakra. Do drugiego "Kwazia", napisanego przez Daniela Gizickiego, byłem już lepiej przygotowany. Dużo szkicowałem i kombinowałem z projektami postaci (Daniel też sugerował tu pewne zmiany, kiedy pokazywałem mu szkice, co było fajne). Jednak tu również nie jestem zadowolony z efektu końcowego. Wiele kadrów puściłem, olałem drugi plan. Myślę, że Daniel też pewnie dziś sporo by poprawił w samym scenariuszu, bo historyjce czegoś brakuje.

Wróćmy nieco do czasów, kiedy debiutowałeś. Pojawiłeś się w zinie "KGB", który był jednym z ważniejszych zinów na scenie. Jak do tego doszło i jak w
ogóle wspominasz te kserowane czasy?

Pierwszym zinem jaki wpadł w moje ręce był "Ziniol". Chciałem się przekonać co to jest w ogóle takiego ten zin komiksowy i zamówiłem u Ciebie kilka numerów. Pamiętam, że zostałem wtedy zastrzelony kilkoma komiksami z "Ziniola" a najbardziej zdzielił mnie po głowie "Mocz w zupie". Strasznie fajnie wspominam kolejne zamówienia składana na "Ziniole" i wyczekiwanie na listonosza. A na "KGB" trafiłem na jednych z pierwszych WSK i jeśli dobrze pamiętam, to właśnie tam przekazałem Hubertowi Ronkowi teczkę z "Mutującą teczką". No i Hubert zgodził się ją publikować na łamach swojego zina. Pamiętam, że przesyłałem mu pocztą kserówki kolejnych odcinków. Kurde, nie pamiętam dlaczego nie wysyłałem tych plansz przez internet. Jakaś dziwna akcja.

Kiedyś tak było - długopis, papier, koperta. To miało swój urok. Załapałeś się na końcówkę tych czasów...


Dokładnie tak. I bardzo się cieszę, że chociaż na tę końcoweczkę się załapałem. Kiedy mieszkałem w Olsztynie w czasie studiów, to nie miałem pojęcia,
że są jakieś ziny, konwenty. Kupowałem tylko "Produkt". Jednak w którąś niedzielę wypatrzyłem na słupie ogłoszeniowym, że niedaleko chaty którą wynajmowałem odbywa się jakaś impera komiksowa. To był pierwszy Implant.
Przeszedłem się tam i wróciłem do domu z jednym numerem "Azbestu", który kupiłem od Śledzia.
Pamiętam, że Śledziu rozmieniał mi wtedy kasę, żebym miał dwa zety na wjazd.


Dzisiaj niejako przejmujesz pałeczkę wydawniczą, bo wśród Twoich proj
ektów jest magazyn komiksowy. Skąd w ogóle taki pomysł? I co będzie można tam poczytać?

Jeśli chodzi o "Karton" to mózgiem całej operacji jest zdecydowanie Asu. Choć ode mnie wyszedł jakby zalążek pomysłu, kiedy byliśmy z Tomkiem na warsztatach komiksowych w Muzeum Powstania Warszawskiego. Opowiedziałem mu o moim pomyśle zrobienia magazynu, który skupiałby komiksy rysowane właśnie w stylistyce cartoonowej, która obu nam jest bliska. Asu podchwycił ten pomysł w mig i zaczęliśmy kombinować dalej. Stała ekipa, stałe serie, gość specjalny w każdym numerze, jeden rysownik odpowiedzialny za okładki. Na etapie tego kombinowania dołączył do nas Bartek Sztybor. Spotykaliśmy się poniedziałki po pracy na piwku i dyskutowaliśmy. W wyniku tych spotkań wyklarowała się ekipa, którą widzielibyśmy na stałe w tym projekcie. Poszły maile z propozycjami, wszyscy się zgodzili i działamy. Do przedstawianej już tu i ówdzie drużyny dołączył ostatnio KRL, który będzie na łamach "Kartona" publikował serię stripów, z czego ogromnie się cieszymy.
Poza KRL’em w "Kartonie" będzie można spotkać Marka Lachowicza i jego sztandarowych bohaterów, Asu z serią o sąsiedzie suberbohatera, Asu we współpracy z piekielnie zdolną i ciekawą rysowniczką Ewą Juszczuk będą publikować serial o dziewczynkach z cyrku, Bartek Szymkiewicz i Maciek Łazowski przedstawią sagę kosmiczną oraz bracia Marcin i Przemek Surma w doskonale zapowiadających się komiksach (widziałem już pierwsze, intrygujące odcinki). No i tak jak wspomniałem w każdym numerze chcemy przedstawić komiks jakiegoś gościa specjalnego. Za okładki odpowiada Jakub "roody" Tschierse.

Słyszałem, że z Bartkiem Sztyborem pracujecie nad komiksem, którego główną postacią jest Flitlicz (obrazek obok - postać z prawej). Mógłbyś przybliżyć historię powstania tej postaci?

Flitlicz jest jednym z bohaterów naszej serii, która będzie publikowana w "Kartonie", a nosi ona tytuł "Oby do piątku trzynastego". Bartek wpadł na pomysł odcinkowca o seryjnych mordercach zamieszkujących w jednym domu, który pokazywałby co tacy kolesie porabiają, kiedy nie ma piątku trzynastego, czyli kiedy nie mordują. Flitlicz jest demonem z dziurą w brzuchu, z której zwisają wnętrzności. Swoje oryginalne imię zawdzięcza twórcom komiksu "Monte Cassino", którzy w tym komiksie użyli onomatopei "FLITLICZ" jako dźwięku wdepnięcia w trupa. Jest to według nas najfajniejsza onomatopeja w historii komiksu i w ten sposób oddajemy jej specjalny hołd.
Ilustracje:
1. Jaszczu w otoczeniu swoich pomysłów,
2. Fotografia naszego dzisiejszego bohatera,
3.
kadr z "Kapitan Mineta: Klątwa Kakaowego Oka" (publikacja: "Hardkorporacja" 4),
4. okładka komiksu "Mutująca teczka" (scenariusz: Ireneusz Mazurek, wyd. timof i cisi wspólnicy),
5.
fragment komiksu "Ciepło, zimno", kolor: Radek Czyż,
6. okładka komiksu "Kwaziu i turystki" (scenariusz: Piotr Szreniawski)
7. okładka komiksu "Kwaziu 2" (scenariusz: Daniel Gizicki, wyd. Dolna Półka),
8.
fragment pierwszego odcinka "Oby do piątku trzynastego" (publikacja: "Karton" nr 1),
9.
Kwaziu z antologii - hołdu dla Tadeusza Baranowskiego, mającej się ukazać w październiku.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Wywiad z Bartłomiejem Kurzokiem

Autor: Dominik Szcześniak

Bartłomiej Kurzok, znany niegdyś pod pseudonimem Kura, kilkanaście lat temu dość aktywnie wydawał swoje kolejne komiksowe produkcje pod postacią zinów, po czym słuch o nim zaginął. Odnaleziony po latach, posiadający obecnie swojego bloga, padł ofiarą ziniolowego wywiadu.

Dominik Szcześniak: Dlaczego zacząłeś wydawać ziny? Impuls ze strony innych kseropodobnych pise
mek, czy własna inicjatywa?

Bartłomiej Kurzok: Pierwszego zina komiksowego wypuściłem najprawdopodobniej w II klasie LO. Było to kilkanaście lat temu. "Zaćma 1", to zbiór krótkich, humorystycznych, żenująco wyrysowanych historyjek. Jeśli chodzi o kilkanaście kolejnych wydawnictw, nic się nie zmieniło. Znaczącą różnicą było to, że kolejne rzeczy były w przeważającej części improwizacjami. Wątpię, by ktokolwiek z czytelników "nowego" "Ziniola" pamiętał lub widział te produkcje. Ale po kolei ...
Zamówiłem sobie kiedyś "AQQ", a w nim zobaczyłem reklamy zinów. Nabyłem xerówki Termosa, potem "Mięso" Leśniaka, "KKK" i inne. Na samym początku, z tego co pamiętam, najbardziej zainspirował mnie Termos.

Nie miałem wtedy nikogo, z kim mógłbym czytać i rozmawiać o komiksach (no, troszkę z moimi braćmi), nie mówiąc o ich rysowaniu. Nie pamiętam dokładnie jakie towarzyszyły mi przy tym myśli i emocje. Pokazywałem to kolegom, podobało się, a mi było miło. Jedni zapierdzielali w kosza i w nogę, ja rysowałem i zapierdzielałem w nogę. A komiksy oglądałem od urodzenia (potem czytałem).

Twoje twory często były zdawkowo recenzowane w "AQQ"
. Jak odbierasz "AQQ" jako pismo promujące komiks i ziny w tamtych czasach?

Pamiętam tylko jedną minirecenzję i nie zapomnę nigdy, że Łukasz napisał "z rysunkami jest bardzo kiepsko". Nie potrafiłem tego zrozumieć. Nie wiem czy można w tym przypadku mówić o promocji. Poza tym, w jakich "tamtych" czasach? "AQQ" wychodziło chyba kilkanaście lat, więc "te" czasy czasom nie równe. Było to pismo dla komiksowych maniaków, więc informowało o innych komiksach tylko konkretną grupę. "AQQ" nie było pismem czytanym poza określonym ciasnym kręgiem, więc nie miało wpływu na szerzenie kultury komiksowej wśród laików. Nie twierdzę, że mam rację, ale tak mi się wydaje. Lepiej zapytać kogoś, kto się na tym lepiej zna.


Zaczęło się od "Zaćmy" i to był Twój seryjny zin, o któ
rym można było regularnie poczytać właśnie w "AQQ". A później zacząłeś atakować one-shotami, jak "Noga w słoiku" czy "Jak Dzielny Radzisław z bestyją dziką walczył". Ile tych zinów natrzaskałeś i jak to było chronologicznie?

Twierdzisz, że było 5 numerów "Zaćmy". Ja pamiętam tylko 4. Jak kiedyś to zliczałem, to wyszło ok. 11, może 12 pozycji różnorakich. Chronologiczne uporządkowanie, to ta
ki żart dziennikarski. Ja nawet wszystkich tytułów nie pamiętam.
Jak się tak wysilę, to pamiętam jeszcze takie coś, jak:

"Wciąż dziwna gazeta" - całkiem udana pozycja,

"Przesolony kartofel" - nakład 5 sztuk, grubszy kolorowy papier na okładkę, wklejone zdjęcie i mini książeczka na kolorowym papierze jako spis treści.

Dwa tytuły wypuściłem na spółę z kolegą, rozprowadzaliśmy głównie w mojej starej szkole, a zawartość tych publikacji, to nie tylko komiksy.

Więcej grzechów nie pamiętam.


Czyli, że był to spontan?

Też. Głównie. Choć zdarzało mi się robić rzeczy bardziej przemyślane. Chciało mi się, to robiłem.


Czy robiłeś ziny, by tak jak ich prekursorzy - Pała i Prosiak - przeciwstawiać się czemuś czy może chodziło o czysty absurd?

Prekursorów poznałem bardzo późno. Pewnie czemuś się tam przeciwstawiałem, ale słabo. Do dziś nie potrafię ciekawie czegoś przekazać. Czasem siliłem się na jakiś głębszy sens, ale wychodziły zazwyczaj pokraki.
Moje historie, jak i dzisiejsza twórczość, jest mocno uwarunkowana pewną moją cechą – lenistwem. Przyjemniej i szybciej coś nabazgrać, dla samego nabazgrania, niż pałować się miesiącami z pomysłami, szkicami, historią itd.
W pewnym momencie zrozumiałem, że chodzi mi zdec
ydowanie o pierdoły, absurd. Wiele moich historii było wycinkami z codziennego życia, jakiś zwykły tekst, który w trzykadrowym pasku nabierał innego znaczenia. Ludzie się z tego śmiali, mówili, że zajebiste. Gdyby było to ubrane w jakąś wydumaną formę, rodem z ASP, pewnie wisiałbym teraz w galeriach w Europie, bo widzę, że takie rzeczy ludzie robią i puszczają je w gazetach, dają na wystawy, he he he. Zmarnowałem sobie życie tymi komiksami, cha cha cha.

Termos z Filem na łamach "Ciach Bajery" uskuteczniali sporo absurdu. Raczkowski w "Przekroju". Jest kilku gośc
i, którzy ciągną tradycję… Śledzisz absurdalne komiksy?

Jak sobie przypominam, to był to nieco inny absurd. M
oże się mylę, ale były to komiksy przemyślane, z konkretnym pomysłem. Ja, rysując komiks, zazwyczaj nie wiedziałem jak on się skończy. Ba! Nie wiedziałem często co będzie na następnym kadrze. Ten mój absurd wynikał z tego, że ja na te opowiastki nie miałem konkretnego pomysłu. Absurd pojawiał się w zamian. Nie był zamierzony.
Raczkowski mi się podoba, ale nie śledzę specjalnie i nie kolekcjonuję jego prac. Niektórych rzeczy nie rozumiem, he he. Nie jestem prawdziwym absurdowcem, cha cha.


Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale w pewnych kręgach Twoje absurdalne komiksy są cytowane i znane na pamięć. Np. jednoplanszówka o Pinokiu (patrz obrazek obok), albo "Mariusz i Dariusz". Drugi z tych komiksów publikowany był w kserowanym "Ziniolu" i spotkał się z gigantycznie pozytywnym odzewem...

Pierwsze słyszę i brzmi to niewiarygodnie! "Mariusz i Dariusz" (2 albo 3 odcinki) nie były akurat improwizacją, to przemyślane w najmniejszym kawałeczku, genialne w skali światowej prace, cha cha !
"Pinokio" to już spontan. Nawet ekipie "Produktu" się spodob
ał.
A te "Ziniole" pożyczyłem i zostały zgubione.


W pewnym momencie słuch o Tobie zaginął - który z zinów był ostatni i co się działo z Kurą później?


Było kilka powodów mojego zniknięcia. Inne zainteresowania – przede wszystkim. Przestałem kupować komiksy, kiedy pojawił się "Świat Komiksu" i "AQQ" w empikach. Przestało mnie to interesować. Przestało mi się podobać. Bardzo mało wtedy rysowałem, nie rozwijałem się plastycznie.
Od jakiegoś czasu coś tam sobie tworzę. Od niedawna znów kupuję. Nie jestem jednak w stanie narysować komiksu, bo nie potrafię. Mam dużo ciekawych pomysłów, ale nie mam pojęcia kiedy je zrealizuję. Właściwie teraz też jestem "zniknięty", choć działania co poniektórych nadgorliwców nie pozwalają mi siedzieć w mojej norze.

A! Był taki strzał jeden. We Wrocławiu poznałem Przemka Obarę i w jego zinie "Kilka stron" puściłem jakieś komiksy.

Teraz moje prace można oglądać w necie. Jeśli zrobię jakiś konkretny komiks, na pewno nie puszczę go w necie.
I nie mam zielonego pojęcia, który był moim ostatnim.


Jak w ogóle odbierasz kontestującą działalność zinów? Czy taka brudna forma wydawania jak ksero gładko przystawała do brudnych treści? Czy na ładniejszym papierze i w ładniejszych czasach komiksy również są już "czystsze" jeśli chodzi o buntowniczy aspekt?

Wtedy miało to specyficzny klimat. Za 20 lat dzisiejsze dzieciaki będą z łezką w oku wspominać, jak słuchały muzyki z komórek, gadały przez gg i że gry miały beznadziejną grafikę.
Myślę, że forma wydaw
nictwa postrzegana jest przez pryzmat czasów, w jakich żyjemy. Inaczej odbieraliśmy kserowanki 15 lat temu. Dziś offset czy druk cyfrowy i sztywna okładka to standard. Dlatego nie przywiązywałbym takiej wagi do tego, czy kontestujące treści powinny mieć taką, a nie inną formę. Takie "Bez komentarza" chociażby. Full kolor, piękne wydanie – kto by chciał mieć to kserowane na półce?
Ja w zasadzie nigdy nie uważałem, że ziny są po to, by być jakąś kontrą. Oczywiście, zawsze upychało się treści przeznaczone dla węższego grona odbiorców, kontrowersyjne, nieprzyzwoite itd. Ale nie było to moim celem.

Jak wspominasz robienie zinów i otoczkę, jaka wokół tego panowała? czy w jakiś sposób było to pomocne w Twojej późniejszej "przygodzie z komiksem" ?


Wspominam bardzo miło, z wiel
kim sentymentem. W końcu to spora część mojego życia. A pomogło mi tak, że teraz jestem sławny i wiem, jak nie powinienem rysować, hłe hłe.
Poza tym, nie da się tego porównać z obecną sytuacją. Dziś nie ma potrzeby pisania tradycyjnych listów, wysyłanych potem pocztą, a wtedy był to jedyny sposób na zdobycie kontaktu i p
oznania twórczości innych ludzi.

Serdecznie dziękuję za możliwość wypowiedzenia się. To był mój pierwszy w życiu wywiad, a ja ostatnio stronię od wypowiadania się i pokazywania, także mam nadzieję, że ktoś przez to przebrnął.

Na okrasę prezentujemy kilka Twoich komiksów. Czytelników niepełnoletnich uprasza się o ich nie czytanie lub o lekturę w obecności rodziców, jako że zawierają brzydkie słowa.

Okładki: "Jak dzielny Radzisław z bestyją dziką walczył" numer 1/2000
"Noga w słoiku, magazyn kulturalny" numer 3/2000
Komiksy: "Pinokio - epizodzik" i "Mariusz i Dariusz" pochodzą ze zbioru "Jak dzielny Radzisław z bestyją dziką walczył"
Zamieszczone zdjęcia pochodzą z archiwum autora.

sobota, 22 sierpnia 2009

"Venom vs Carnage" - Milligan, Crain

Autor: Dominik Szcześniak

Kiedy ostatnio pisałem o komiksie "Toxin", pojawiła się kwestia tego, czy Peter Milligan, autor znany z niekonwencjonalnego podejścia do superherosów, zaprzedał się korporacjom w celu taśmowej produkcji kakao. Okazało się, że nie. Że potrafił podporządkować swój sposób pracy wszechwładnej machinie i wkomponować w dość miałką fabułę całą gamę świetnych pomysłów. "Toxin" był komiksem, na kartach którego szalał sobie do woli potomek Carnage'a, wnuk Venoma i jednocześnie symbiont numer tysiąc. Jak się okazuje, w świecie realnym, twórcą Toxina okazał się być również Peter Milligan, który wraz z Claytonem Craine'm stworzył, lub raczej (niestety) wyprodukował czteroczęściową miniserię, zatytułowaną "Venom vs Carnage".

Na jej łamach poznajemy rodowód tysięcznego symbionta. Od pierwszej strony Venom naparza się ze swoim synem, a kością niezgody jest fakt, iż Carnage'a w krótkim czasie czeka poród. Jest to wpisane w tradycję symbiontów - zarówno to, że płodzą potomka, jak i to, że z owym potomkiem utrzymują chłodne więzi, przybierające postać wręcz złowieszczo wrogą. Inną tradycją jest znalezienie sobie gospodarza, w ciele którego symbiont mógłby zamieszkać. Pada na Pata Mulligana - do bólu uczciwego glinę, który znajduje się w nieodpowiednim
miejscu o nieodpowiedniej godzinie. Pat ma żonę, Ginę, która - podobnie jak idiotycznie wyglądający kosmita, lada dzień ma począć mu syna.

Choć w komiksie pojawiają się postaci poboczne - Spiderman i Black Cat, wszystko kręci się wokół tytułowych łotrów. Venom chce władzy nad swoim wnukiem, licząc iż ten pomoże mu w walce ze Spidermanem, Carnage z kolei pragnie jego śmierci, z pobudek czysto psychopatycznych. Gdy okaże się, że Toxin wykazuje cechy praworządnego symbionta, jego wstępni zrewidują nieco poglądy.

Grafika Claytona Craine'a to plastelinowy pokaz możliwości użycia komputera. Rysunki te na pewno znajdą swoich zwolenników. Prawdopodobnie tylko dla fajerwerków, jakie Crain prezentuje, włodarze Marvela postanowili uruchomić tę serię. Szaleństwo jest niemal na każdym kadrze - bo niemal każdy kadr poświęcony jest walce symbiontów, ukazanej z przeróżnych ujęć i upstrzonej wieloma detalami. Natomiast co do scenariusza - użyte przeze mnie przed momentem sformułowanie "plastelinowy" pozwala mi postawić tezę, iż Milligan poszedł za ciosem i dostosował się do rytmu rysownika, olewając zupełnie stworzenie postaci wiarygodnych, z krwi i kości.

Światło w tunelu pojawia się tylko wtedy, gdy operując popularnymi postaciami, Milligan pozwala sobie na dowcipy. Kilka grepsów to jednak za mało dla kogoś, kto potrafił niejednokrotnie przewrócić komiks superbohaterski do góry nogami. W wywiadzie udzielonym "Ziniolowi" Peter Milligan stwierdził, że najgorszym jego komiksem, o którym wolał by zapomnieć, jest "Elektra" robiona wspólnie z Mike'm Deodato Jr. "Venom vs Carnage" jest pozycją równie kiepską. Choć z drugiej strony, wielbiciele efektownych rysunków, efektownie ukazywanego biustu Black Cat i efektownych naparzanek, jak również fani symbiontowej mody na sukces, na pewno będą usatysfakcjonowani.

"Venom vs Carnage". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Clayton Crain. Wydawca: Marvel Comics 2004.

środa, 19 sierpnia 2009

"Henri Desire Landru" - Chaboute

Autor: Dominik Szcześniak

Henri Desire Landru to francuski odpowiednik Kuby Rozpruwacza. Obaj panowie, zdaniem autora posłowia do komiksu Christopha Chaboute, Artura Szrejtera, uznawani są za pierwszych seryjnych morderców nowoczesnej epoki. Popularność Rozpruwacza sięga jednak nieporównywalnie dalej niż Landru, o którym wiedza kultywowana jest raczej lokalnie i nie wykracza poza granice Francji. Tym, co ich natomiast łączy jest fakt, że wizerunki obu do cna wykorzystała popkultura. W minionym roku polski Czytelnik dostał do rąk "Prosto z piekła", komiks nie wymagający rekomendacji. Teraz dostaje możliwość obcowania z "Henri Desire Landru", anonimowym dziełem stworzonym przez człowieka o nic nikomu nie mówiącym nazwisku.

Przede wszystkim warto zauważyć, iż Chaboute, podobnie jak Alan Moore i Eddie Campbell, traktuje historię mordercy jako punkt wyjścia do wyprowadzenia własnej hipotezy na temat przebiegu zdarzeń. Fakty dotyczące tego, co wydarzyło się w podparyskim Gambais są następujące: Landru, wykorzystując obecność większości paryskich mężczyzn na wojennej ścieżce, za pośrednictwem gazetowej kroniki towarzyskiej uwodził ich zamożne córki, żony i/lub matki, po czym wywoził je do swojej posiadłości w rzeczonym miejscu, nakłaniał do przepisania majątku, zabijał i wrzucał do pieca. W owym piecu znalazło się 10 kobiet i syn jednej z nich. Chaboute opierał się również na wiarygodnych relacjach w przedstawieniu przebiegu procesu oraz odtworzeniu okoliczności pojmania mordercy. W posłowiu przeczytać możemy, że również pobudki kieru
jące Landru przedstawione zostały dość wiernie, lecz ciężko w to uwierzyć, zważywszy iż owe pobudki są integralną częścią stawianej przez Chaboute hipotezy. A poprzez swoją przewrotność, jest ona tym, co czyni omawiany komiks ciekawym.

Chaboute łączy losy Landru - brodatego mężczyzny w średnim wieku, parającego się małymi oszustwami, z jednym ze wspomnianych już na wstępie żołnierzy francuskich, który po dezercji z placu boju postanawia wraz ze swą konkubiną zacząć żyć w dostatku. Mężczyzna, który zostawił kobietę i odszedł na front versus mężczyzna, który chciał tę kobietę wykorzystać i zabić? Hipoteza, dająca nieszczęśliwym mężom ofiar narzędzie upragnionej zemsty? Nie do końca. Autor komiksu nie prowadzi jego akcji w tak banalne rejony i konstruuje ją w rytmie dobrego thrillera, z którego przyjemność dla czytającego prawdopodobnie będzie bardziej intensywna, jeśli w tym momencie zakończę jakiekolwiek spekulacje dotyczące fabuły.

Konstrukcja "Landru" jest konstrukcją wzorcową, rzemieślniczą. Czystymi planszami oddziela Chaboute prolog, będący zapisem procesu zbrodniarza, retrospekcje, ukazujące jego upiorną działalność oraz epilog, kreślący moment wydania wyroku i to, co nastąpiło później. Podobnie idealnie radzi sobie z przedstawieniem akcji, w odpowiednich momentach wykorzystując powtórzenia (świetne sceny z mroczną willą Landru, ukazaną zresztą na równie znakomitej okładce), czy też zgrabnie manipulując przemieszaniem fragmentów niemych z tymi wypełnionymi dialogami. Jedyne, co mu nie wychodzi, to rysowanie twarzy, z których większość sprawia wrażenie produkowanych z szablonu. Ich mimika albo nie istnieje, albo - w razie pojawien
ia się - zostaje na danej buzi przez całą długość albumu. Wystarczy spojrzeć na twarze Heleny i draba, śledzącego rodzinę Landru, by domniemywać u autora tzw. "efekt xero". Wspaniałomyślnie dla Czytelników, Chaboute wprowadził do komiksu postać w bandażach, która rysowana jest w sposób bardziej urozmaicony.
Abstrahując od omówionej wyżej topornej techniki należy oddać sprawiedliwość, stwierdzając, iż od strony warsztatowej całą resztę autor ma opanowaną znakomicie. Zgrabnie kadruje, świetnie oddaje architekturę Paryża, umiejętnie radzi sobie w konwencji czerni i bieli. Trudno w "Henri Desire Landru" doszukiwać się głębszych treści. Jest to komiks rozrywkowy, z kilkoma zwrotami akcji, osadzony w klimacie sensacyjnego thrillera z tłem historycznym. Dla fanów seryjnych morderców rzecz obowiązkowa. Dla fanów hipotez - jeszcze bardziej. Bo główną zaletą komiksu Chaboute jest to, że hipoteza, którą przedstawia w konfrontacji z suchymi faktami, okazuje się naprawdę zaskakująca.



"Henri Desire Landru". Autor: Christophe Chaboute. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawnictwo: Egmont Polska 2009. Komiks wydany został w kolecji "Zebra"

wtorek, 18 sierpnia 2009

"Spacedog" - Dorgathen

Autor: Dominik Szcześniak

"Nowela graficzna" to termin towarzyszący wszystkim dotychczasowym komiksom wydanym nakładem Ladida Books. Nie jest to zwyczajny "komiks", mający określone, znane wszystkim konotacje, ani też nie jest to "powieść graficzna", przez wielu uznawana za wątpliwie nobilitujący, poważniejszy synonim tego słowa. Mamy więc do czynienia z czymś nowym, usankcjonowanym jedynie poprzez produkcje sygnowane wydawnictwem Hansa Lijklemy. Najnowszą z nich jest "Spacedog" niemieckiego rysownika Hendrika Dorgathena, o której w notce od wydawcy przeczytać możemy, iż w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii zyskała status kultowej.

Wbrew rysunkowi na okładce i tytułowi, "Spacedog" nie dotyczy programu psich lotów kosmicznych i - choć wydany w tym samym czasie, co bazująca na faktach "Łajka" - nie przedstawia alternatywnych przygód kolejnego psa w kosmosie. Jest natomiast "próbą odpowiedzi na pytanie co w życiu najbardziej się liczy". Tytułowy pies, radośnie funkcjonujący w środowisku wiejskim, wsiadając do pociągu towarowego, trafia do miasta. Z dala od rodziny tęskni, lecz po pewnym czasie znajduje sobie nowe towarzystwo - kumpla, grywającego w kape
li oraz dziewczynę, sukę rasy nieodgadnionej. Poznaje czym jest braterska przyjaźń i dozgonna miłość, po czym na skutek nieoczekiwanego obrotu sprawy zostaje psem doświadczalnym, którego pakują w rakietę wymierzoną w kosmos.

Opisana powyżej część fabuły rozrysowana jest przez Dorgathena na szeregu bezsłownych stron (dla analityków istotną będzie informacja, iż na jednej stronie rysownik mieści sześć regularnych kadrów) i zamyka pierwszy rozdział z życia kosmicznego psa. To wprowadzenie, mimo przebłysków, jest nieco nużące i całkiem możliwe, że gdyby autor zdecydował się kontynuować swoją opowieść za pomocą tych samych środków, to i cała nowela graficzna byłaby nudnawa. Na szczęście w kolejnych partiach komiksu, Dorgathen decyduje się na
inną komunikację z czytelnikiem - najczystsze "opowiadanie obrazem", wciąż bez słów, a jednak z gigantycznym ładunkiem treści. Psi bohater, w trakcie spotkania z kosmitami zyskuje bowiem dar mowy i porozumiewa się z nimi za pomocą symboli. Czytelnik w dymkach widzi obrazki - podobny zabieg stosowali już m.in. Nicolas Mahler (w "Pragnieniu", wydanym przez Ladidę) i Mateusz Skutnik (w "Blakim", publikowanym w "starym" "Ziniolu"). Litery pojawiają się w "Spacedogu" tylko w jednym, a przy okazji niemalże najśmieszniejszym, momencie w całej historii. Czy więc nazwanie komiksu "nowelą graficzną" jest na miejscu? Biorąc pod uwagę jego niewielką objętość i formę realizacji nie sposób odpowiedzieć na to pytanie inaczej, niż twierdząco.

Wraz ze zmianą formy komunikacji, przyspiesza tempo komiksu i pojawia się jego główny temat: ignorancja ludzi wobec zdrowia planety, na której żyją. Nafaszerowany wiedzą kosmiczną Spacedog przestrzega ludność przed konsekwencjami ich niezdrowej egzystencji, jednak jego przekaz trafia w próżnię, a jedyne, na czym skupiają się obywatele Ziemi to fakt, że oto jest wśród nich pies, który gada. Staje się on gwiazdą - istnieje zarówno na poważnych konferencjach, jak i na koszulkach czy plakatach. Dorgathen nie stawia go jednak przed dylematem, zasygnalizowanym na ostatniej stronie komiksu: "czy skorzystać ze sławy, czy odrzucić karierę i wyrwać się z trybów kultury masowej, wybierając spokojne, rodzinne życie?" Akurat ten problem pies ma rozwiązany, co zresztą możemy obserwować już od pierwszych stron tej noweli graficznej.

W stronę popkultury dryfuje styl graficzny, jaki do realizacji "Spacedoga" wybrał Hendrik Dorgathen. Jest to zresztą styl, jaki prezentuje w większości swoich spotkań z komiksem - tworzone grubą kreską, proste, pełne jaskrawych kolorów obrazki. Ich wielką siłą jest płynność narracyjna - pod tym względem "Spacedog" jest komiksem mistrzowskim. Od strony fabularnej natomiast zrealizowany jest równie precyzyjnie - moralizatorski ton, który nad nim wisi ani przez chwilę nie staje się niesmaczny, a w odpowiednim miejscu o właściwym czasie Dorgathen stosuje fantastycznie humorystyczne chwyty.

"Spacedog", kolejna cegiełka Ladidy w budowaniu pojęcia "noweli graficznej" trafia w klimat utworów dotychczas ją definiujących ("Józka", "Pragnienia", "Niewinnego pasażera") idealnie. Jest to przy okazji świetny komiks rozrywkowy, w którym również Ci bardziej wymagający Czytelnicy znajdą wiele dla siebie. Niestety, "Spacedogiem" wydawnictwo kończy na jakiś czas przygodę z komiksem, choć ma w planach (odległych) jeszcze kilka pozycji. Póki co, naprawdę warto zainteresować się tymi, które już zostały wydane.

"Spacedog". Autor: Hendrik Dorgathen. Wydawca: Ladida Books 2009

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Różności

Autor: Dominik Szcześniak

"Jest bardzo dużo prac komiksowych i ilustracji, które nie doczekują się swojej wersji drukowanej. A nawet jeśli zostaną opublikowane na papierze, nie spotykają się z odpowiednim odbiorem. Dlatego właśnie wspólnie z kolegami zaangażowanymi w serie "Black Box Stories" i "Terra Incognita" zdecydowaliśmy się stworzyć bloga" - poinformował nas Jose Carlos Fernandes. Na blogu przeczytać można informacje na temat aktualnego stanu prac nad albumami oraz o miejscach, w których aktualnie można spotkać ich autorów, czyli festiwalach, konwentach, czy księgarniach.

Drugi tom "Black Box Stories" jest już gotowy i czeka na wydawcę. Blog prowadzony jest przez Luisa Henriquesa, Manuela Garcię Iglesiasa, Roberto Gomesa oraz wspomnianego już JCF, który uruchomił również swoje mini portfolio, gdzie znaleźć można komiksy, ilustracje i szkice tego portugalskiego komiksiarza. Zachęcam do zaglądania i przypominam, że nie tak dawno temu nakładem Taurus Media ukazał się u nas drugi tom "Najgorszej Kapeli Świata" (zbierający oryginalne tomy: trzeci i czwarty). Krótkie formy Jose Carlosa Fernandesa możecie z kolei regularnie czytać w "Ziniolu" (w ostatnim numerze zaprezentowaliśmy "Teresę", w najbliższym również można się spodziewać uderzenia od Jose).

A propos czytania "Ziniola", ciekawą ankietę przeprowadził Motyw Drogi. Połączona była ona z recenzją piątego numeru magazynu, a dotyczyła tego, ile numerów "Ziniola" mają na półce czytelnicy MD. Do wyboru były następujące odpowiedzi: ani jednego, komplet, jeden, dwa, trzy, cztery. Wyniki ankiety widoczne są na załączonym obok obrazku. Ciekawsze od nich zdają się być przemyślenia podsumowujące ankietę, autorstwa Łukasza, który swobodnie interpretuje, że np. "sporo z Was ma tylko jeden lub dwa numery (15%) tego kwartalnika komiksowego i najprawdopodobniej wśród tej grupy większość stanowią tacy, którzy szybko zaprzestali kupna “Ziniola” z różnych powodów." Osobiście wolę jednak myśleć, że najprawdopodobniej wśród tej grupy większość stanowią tacy, którzy zaczęli czytać "Ziniola" od czwartego lub piątego numeru. Jest też opcja, że najprawdopodobniej wśród tej grupy większość stanowią tacy, którzy mają jeden lub dwa numery, bo akurat w tych znaleźli coś, co ich wybitnie zainteresowało. Jest też pewnie kilka innych opcji i każda z nich będzie wygodniejsza dla kogo innego. Poruszony w recenzji temat nakładu "Ziniola" i związanej z tym potencjalnej hermetyczności pisma, to również ciekawa sprawa i być może doczeka się niebawem felietonu na łamach naszego bloga.

Ostatnia kwestia: wiadomość znana wszystkim czytelnikom "Ziniola" od czerwca, dostała wreszcie oficjalne namaszczenie organizatorów MFKiG: Peter Milligan zagości na łódzkiej imprezie, a towarzyszył mu będzie Nick Abadzis. Nick będzie podpisywał "Łajkę", a całkiem możliwe, że i Peter będzie mógł pomazać fanom polskie wydanie swojego komiksu. Tymczasem w kolejnej odsłonie milliganowskiego cyklu już niebawem na naszym blogu zagości recenzja komiksu "Human Target".

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

"Wykiwani" - Alex Robinson

Autor: Dominik Szcześniak

Na odwrocie "Wykiwanych" Matt Singer z "The Village Voice" rekomendując komiks porównuje go do sztuki filmowej Roberta Altmana. Dla tych, którzy potrafią odczytać tę zależność, będzie to jasny sygnał dotyczący tego, czego komiks dotyczy. Dla niezorientowanych bądź nieprzepadających za tego typu porównaniami, pomocna powinna być opinia Bartosza Sztybora (zamieszczona w tym samym miejscu), twierdząca, iż dzieło Robinsona jest świetnie skonstruowane i mówi o "postaciach z krwi i kości".

Twarze postaci, o których mowa, przedstawia Robinson już na okładce swojego komiksu. Nie jest ona może cudnej urody, ale prezentuje kilka zależności, jakie między bohaterami zac
hodzą na wewnętrznych stronicach tego pokaźnych rozmiarów tomu. Widząc spojrzenia sąsiadujących ze sobą twarzy, Czytelnik ma zasygnalizowane, że dojdzie do pewnych interakcji między nimi. Dodatkowo, w opisie komiksu wydawca zdradza, iż losy wszystkich tych ludzi splotą się ze sobą w jednym momencie. I rzeczywiście, tak się dzieje, lecz wydaje mi się, iż choć z dramaturgicznego punktu widzenia patrząc, zabieg jest to rzeczywiście świetny, dla całego komiksu nie jest jednak najistotniejszy.

Najistotniejsze jest te sześć historii, po jednej na każdą z postaci, które napisane są przez Robinsona z pietyzmem i niesamowitą dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Spójrzcie chociażby na Raya - piosenkarza, lidera zespołu "The Tricks", przechodzącego właśnie kryzys twórczy - Robinson nakreślił tę postać w sposób tak wiarygodny, iż po lekturze "Wykiwanych" całkiem możliwe, że wyruszycie na poszukiwania płyt tego zespołu, mimo iż w głębi duszy będziecie zdawali sobie sprawę, iż jest to zespół fikcyjny. Uprawdopodabniaj
ą go również dwie inne postaci - Lily, muza Raya, która powoli przywraca jego karierze dawny kurs oraz Steve - fanatyczny wielbiciel The Tricks. Steve zresztą jest bohaterem, którego geekowski portret psychologiczny został przez autora najdoskonalej oddany. Poza powyższymi, mamy okazję poznać perypetie Caprice, kelnerki z ciągłymi rozterkami sercowymi, Phoebe, starającej się odbudować relacje z ojcem oraz Nicka, fałszerza autografów zawodników baseballowych.

Robinson w formie przeplatanki prezentuje nam po fragmencie z życia każdego z bohaterów, przy czym traktuje ich wybiórczo jeśli chodzi o sposób opowiadania historii. Jedni przedstawiają czytelnikowi swoje wnętrze poprzez długie monologi, będące wędrówkami w głąb ich myśli, inni natomiast mają do dyspozycji same dialogi, w związku z czym to, co
siedzi w ich głowach poznać możemy głównie poprzez ich zachowanie. Przykładem tej pierwszej opcji jest Steve, w przypadku którego wniknięcie w jego mózg było jedyną szansą dla Robinsona, by ukazać charakter tej postaci. Wszystko bowiem u Steve'a dzieje się w jego głowie - począwszy od teorii, że należy on do 5 procent najinteligentniejszych ludzi na ziemi, skończywszy na zabawie w "przelecieć albo wywalić" z wszystkimi zauważonymi na ulicy kobietami. Język owej narracji jest na tyle dobrze skonstruowany, że czyta się ją świetnie, chłonąc nawet strony przeładowane tekstem. Nie bez powodu z takimi scenami sąsiadują wspomniane już wcześniej fragmenty, wykorzystujące sam obraz lub posiłkujące się dialogami. Jedne i drugie wyznaczają rytm tego komiksu.

Przekrój społeczny, z jakim mamy do czynienia w "Wykiwanych" oraz podkreślenie ważności jednostki w społeczeństwie to główny temat komiksu. Kulminacyjny moment opowieści to spotkanie wszystkich sześciu bohaterów w barze. Jest to punkt, od którego równie dobrze można rozpocząć komiks i pokazując kilka anonimowych postaci, zagłębić się w retrospekcjach. Robinson wskazuje jednak inną drogę: Jest bar. Są w tym barze ludzie. I każdy z nich ma swoje historie, swoje lęki, marzenia. Czytelnik wchodzi do tego baru, znając te lęki i marzenia. I rzeczywiście te postaci wydają się mu być z krwi i kości.

Początkowy tytuł "Wykiwanych" miał brzmieć "Cave City", ale po dwudziestu stronach Robinson zrezygnował z tego pomysłu. Drugie podejście również okazało się być falstartem - 10 stron komiksu zatytułowanego "Sophomore Slump", choć przez autora nie ukończone, wraz z pewnymi patentami z "Cave City" złożyło się na "Wykiwanych". Praca nad komiksem zajęła autorowi około czterech lat. Ten czas pozwolił mu na skonstruowanie świetnej, przemy
ślanej historii, obok której nie można przejść obojętnie. Polecam miłośnikom dobrego komiksu. Bez kategoryzowania gatunkowego - bo w "Wykiwanych" znajdzie się wszystkiego po trochu i w odpowiednich proporcjach.
"Wykiwani". Autor: Alex Robinson. Tłumaczenie: Robert Lipski. Wydawca: timof comics 2009

niedziela, 9 sierpnia 2009

"Dworzec Centralny" - Trondheim, Duffour

Autor: Dominik Szcześniak

Lewis Trondheim i Jean - Pierre Duffour, Francuzi, niemal rówieśnicy (pierwszy urodził się w roku 1964, drugi w 1963) poświęcili czterdzieści cztery strony komiksu, by opowiedzieć o dworcu centralnym. I choć obaj są Francuzami, ich utwór nie skupia się na historycznej przeszłości dworca paryskiego. Nie jest to również wnikliwa analiza dworca w Trondheim, choć akurat to miasto wybrał sobie Laurent Chabosy jako drugi człon swojego pseudonimu artystycznego. Panowie pod przykrywką dworca opowiadają o zagubieniu. I to o zagubieniu najbardziej absurdalnym - zagubieniu w miejscu, które przecież dobrze znamy.

Dworzec jest to zatem anonimowy, podobnie zresztą jak główny Bohater, który z imienia nigdy nie zostanie nam przedstawiony. Bohater, zaskoczony brakiem rozkładu jazdy oraz jakiejkolwiek informacji, zostaje wrzucony w wir przedziwnych scen. Wdaje się w rozmowę ze zwykłymi przechodniami, złapanym zupełnie przypadkiem urzędnikiem oraz szeregiem postaci, które same zagajają z nim pogawędkę. I są to persony niekonwencjonalne, ziejące absurdem na odległość. Nerwowej przechadzce Bohatera po dworcu w poszukiwania s
ensu, towarzyszą porozwieszane na ścianach komunały, charakteryzujące dworzec w kategoriach: skuteczności, punktualności, szybkości, niezawodności, prostoty i bezpieczeństwa. Te gołosłowne hasła nijak mają się do rzeczywistości.

Trondheim w "Dworcu Centralnym" przewrócił do góry nogami dosłownie wszystko. Kanar, miast kontrolować bilety, w panice ucieka przed Bohaterem. Urzędnik, ukradkiem pojawiający się w okienku kasowym, wykręca się od udzielenia informacji potrzebą założenia karnisza, który właśnie spadł, po czym wchodzi w absurdalną wymianę zdań ze swoim kolegą z pracy, tym samym Bohatera olewając. Niepojęta biurokratyzacja to jeszcze nic - metodą absurdalnego odwrócenia scenarzysta przekształcił również postawy potencjalnych podróżników, współtowarzyszy (ws
półwięźniów?) Bohatera. Stoją w kolejkach donikąd, siedzą w wagonach bez torów, mylą bagaże lub - jak pewien golibroda - po prostu plotą głupoty. Jedynym normalnym w tym gronie jest pan, którego Bohater spotyka na samym początku opowieści. Zdegustowany brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony obsługi dworca, postanawia wracać do domu, przez co zostaje przez Bohatera wprost uznany za szaleńca.

Tymczasem szaleństwem przesiąknięte jest całe miejsce, które jeden z bohaterów drugoplanowych określa mianem "katedry wzniesionej ku czci bogini - technologii". Ciężko powiedzieć, czy jest to klucz interpretacyjny dla całego komiksu, bo c
hoć wiele na to wskazuje, pure nonsensowy charakter opowieści nie pozwala kategorycznie tego stwierdzić. Bezwolne owieczki stojące w długiej kolejce, nie znające jej celu ani sensu, wpadają w popłoch słysząc komunikaty z głośników. Są to jednak komunikaty niewyraźne i nie mające żadnej wartości informacyjnej. Sytuacja podobna do tej, kiedy w Kościele z kiepskim nagłośnieniem, z ambony dobiega tylko bełkotliwe buczenie, które słuchane jest przez tłum wiernych w najwyższym skupieniu.

Swobodne przeskakiwanie od sceny do sceny, od jednej napotkanej postaci do drugiej jest dla Trondheima pretekstem do absurdalnej zabawy z Czytelnikiem. W miejscu bez sensu jesteśmy na tej samej pozycji startowej, co Bohater - nie wiemy tak naprawdę
, czy to aby przypadkiem autorzy nie robią nas w konia. Ten komiks jest dla odbiorcy tym, czym sam dworzec dla bohatera. Jest taka scena w komiksie, kiedy to z kufra wyskakuje wilk. Zaczyna prowokować Bohatera, zadawać mu dziwne pytania, wyraźnie wykorzystując jego rozdrażnienie wcześniejszymi przygodami na dworcu. I całkiem możliwe, że w tym samym momencie autorzy komiksu nawiązują również kontakt z Czytelnikiem i badają jego reakcje na to, co właśnie czyta. Jeśli tak, to Bohater "Dworca Centralnego" jest jednym z najbardziej wyrazistych bohaterów, z jakimi Czytelnik mógłby się identyfikować.

Wspomniany w poprzednim akapicie wilk wymaga wyjaśnienia. Otóż, w momencie jego wyskoku z kufra nie zmienia się przynależność gatunkowa komiksu. Nie staje się on nagle horrorem. Po prostu technika, jaką Jean - Pierre Duffour zastosował w "Dworcu centralnym" opiera się na antropomorfizacji postaci. Stąd wilk, kot (Bohater), kruki, sowy i żaby. Co ciekawe, obok nich istnieją również tacy, których rysownik obdarzył ludzkimi rysami. Duffour do realizacji komiksu użył szarości, co skutecznie potęguje nastrój zagubienia.

"Dworzec centralny" jest lekturą, którą poleciłbym Czytelnikom, lubiącym enigmatyczne fabuły. Niedopowiedziane, posiadające wiele interpretacji. Jest to komiks, w którym nie zakończenie, a umiejętne prowadzenie fabuły jest najważniejsze. Lewis Trondh
eim i Jean - Pierre Duffour umiejętności te posiadają, a posiłkując się znanymi motywami (jak na przykład motyw spadania, obecny w komiksowej twórczości wielu rysowników) i absurdalnym ciągiem przyczynowo - skutkowym, potrafią nie tylko wciągnąć, lecz również zmusić Czytelnika do myślenia i próby odnalezienia w tej lekturze innych, niż najbardziej oczywiste, inspiracji z kręgu literatury.
"Dworzec Centralny". Scenariusz: Lewis Trondheim. Rysunek: Jean - Pierre Duffour. Tłumaczenie: Magdalena Kurzyna. Wydawca: Mroja Press 2009.

sobota, 8 sierpnia 2009

"Opowieść rybaka 2" - Konior, Brzeziński

Autor: Dominik Szcześniak

Jest takie powiedzenie, odzwierciedlające generalny stosunek polskich czytelników do komiksów, ale też pasujące jak ulał do albumu Ireneusza Koniora i Jacka Brzezińskiego: "Cudze chwalicie, swego nie znacie." Autorzy co prawda cudzy nie są, ale już sam komiks powstał dla potrzeb rynków zachodnich i pierwotnie ukazał się w Belgii i Francji. Tak więc w przypadku "Demona z lodówki" mamy do czynienia ze swoim, powstałym na cudzym. Chwalić, czy nie chwalić?

Konior znany jest już polskiej publice. Jego pierwszy album, wydany przez Taurus Media, przyjęty został ciepło, choć bez większych ekscesów. Widać łatka twórcy publikującego za granicą nijak ma się do popularności w Polsce. Poza komiksami, autor udzielał się przy grach komputerowych oraz projektował okładki. Jacek Brzeziński to już z kolei konkretny debiutant komiksowy. Jego inne dokonania skupiają się na rynku gier (pracował m.in. nad "Wiedźminem") oraz RPG (tworzona wespół z Tomaszem Kołodziejczakiem "Strefa śmierci", czy "Oko Yrrhedesa" z Andrzejami: Sapkowskim i Miszkurką).

I niestety ów debiut nie wypada zbyt okazale - czytają
c "Opowieść rybaka 2" odniosłem wrażenie, że to swobodne i odprężające prowadzenie akcji, obecne w tomie pierwszym, gdzieś uleciało. Scenariusz jest rwany, sceny momentami są niejasne w interpretacji, a momentami silące się na humor. Promyczkiem nadziei są fragmenty, w których główni bohaterowie opowieści (przypomnijmy - dwójka rybaków i słoń, goniący po morzu za gigantyczną rybą, w której wnętrznościach spokojnie żyją sobie ludzie, którzy tam wpadli, a wśród nich ów Hemingway, na którego w pierwszej części czekaliśmy) trafiają na oazę Eskimosów w Afryce i tytułowego demona z lodówki. Kilka grepsów jest tutaj śmiesznych, ale kilka sytuacji aż prosi się o rozwinięcie na parę kolejnych stron lub choćby kadrów. Całość niestety nuży. A pozwolę sobie przypomnieć: jest to komiks przygodowy, akcyjniak, z marynistycznym motywem w tle (bo przecież większość akcji rozgrywa się w wodzie), czyli taki, który nużyć nie powinien. Tymczasem przygody i akcji jest tu jak na lekarstwo. Jest co prawda woda, ale - skoro już z przysłowiowym przytupem zacząłem - "nie samą wodą człowiek żyje".
Jacek Brzeziński, jak już wspominałem, współpracował niegdyś z Tomaszem Kołodziejczakiem. I widać była to współpraca owocna dla obu Panów w tym samym stopniu. "Demon z lodówki" ma ten sam posmak, co "Darlan i Horwazy" i jest podobnie źle zrobionym komiksem. Po jego lekturze nie zostaje w głowie kompletnie nic i po odłożeniu na półkę można odnieść wrażenie, że to był tylko zły sen lub też fatamorgana. O to, aby owe wrażenie szybko uleciało zadbał jednak rysownik. I oto moja rada: "Demona z lodówki" nie czytać! "Demona z lodówki" oglądać! Konior potrafi wyczarować naprawdę świetne kadry. Są, rzecz jasna, strony nieco niedopracowane, jednak jest to wymóg konsekwencji stylistycznej. Puszczając wodze fantazji, można by stwierdzić, że grafiki Koniora są jak połączenie starych i znakomitych komiksów Jacka Skrzydlewskiego z zaśmieconymi dużą ilością kresek zeszytami Todda McFarlane'a.
Strzałem w kolano okazuje się być promocja komiksu: opis na ostatniej stronie okładki informuje nas o "tajemnicach dżu-dżu", kryjących się w głębi afrykańskiego lądu, o "czarownikach, hordach pająków i demonicznych femmes fatales", na których niechybnie natrafimy na którejś ze stron "Demona z lodówki". Tymczasem niczego takiego w komiksie nie ma. Jeśli zamysłem autorów było zachęcenie w ten sposób czytelnika (który a nuż jest wielbicielem dżu-dżu i femmes fatales) do lektury komiksu innego, niż ten się spodziewał, to jest to znaczne pójście na łatwiznę i zwyczajne robienie tegoż Czytelnika w balona.

"Opowieść rybaka 2: Demon z lodówki" to album, który na skutek porażki scenarzysty, jest bardzo fajnym i przyjemnym portfolio rysownika. Fanom Koniora polecam.
Fanom komiksu - nie.
"Opowieść rybaka 2: Demon z lodówki". Scenariusz: Jacek Brzeziński. Rysunek: Irek Konior. Wydawca: timof comics 2009