Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

sobota, 30 maja 2009

Wywiad z Wojciechem Stefańcem

Autor: Dominik Szcześniak


Wojciech Stefaniec zadebiutował w "Znakomiksie" nr 5 (komiksem "Zrozumieć bohatera" do scenariusza Pawła Kumpiniewskiego, w którym autorzy postanowili przybrać pseudonimy: Kazimierz Kulka i Patryk Sprzączka), po czym publikował w internecie, aż wreszcie doczekał się pierwszego albumowego wejścia w rynek komiksowy. Zeszyt "Alveum", będący adaptacją opowiadania Radosława Poniewierzy, spotkał się z różnorodnymi opiniami. Później Stefaniec stworzył trzeci odcinek "Domu żałoby", "Szanownego", kilka szortów do "Ziniola", a aktualnie pracuje nad "Szelkami" do scenariusza Jerzego Szyłaka. Z uzależnionym od muzyki autorem spotkałem się interaktywnie na trasie Słupsk - Lublin. Oto, co od niego usłyszałem:

Dominik Szcześniak: Zadebiutowałeś komiksem "Alveu
m", po którym wylały się na Ciebie posądzenia o zżynanie z Dave'a McKeana. Jak ustosunkujesz się do tych zarzutów?

Wojciech Stefaniec: Wie
działem, że zaczniesz od tego. No cóż. Jestem samoukiem. Nigdy nie miałem do czynienia z praktyczna stroną sztuk wizualnych. Nie chodziłem do liceum plastycznego, ani na ASP. To ma dobre i złe strony. Dobre to te, że nikt mi nie na narzucał mistrzów. Odkrywałem i poznawałem ich sam, co daje większą satysfakcję. Nikt mi nie kazał rysować, czy malować w danym stylu, czy technice. Złe to te, że czasami możemy się zapędzić w tym co robimy i zapomnieć, że mistrzów w pewnym momencie trzeba porzucić. Nie wstydzę się "Alveum" absolutnie. Ten komiks to bardziej ukłon w stronę sztuki Dave McKeana, aniżeli jego stricte kopiowanie. To na jego sztuce uczyłem się myśleć kolorami. Dlatego takie podobieństwo. Każdy student miał za zadanie odtworzenie jednego dzieła. Malarze uczą się na obrazach, muzycy na dziełach klasycznych. Moja sytuacja spowodowała, że nie miałem możliwości nauki w szkołach ku temu przeznaczonych. Musiałem sam znaleźć sobie mistrza i sam się od niego uczyć. A że mnie zafascynował Dave, to "Alveum" wygląda jak świat Davea. Przyjąłem krytykę, słuszną i niesłuszną. Konstruktywna krytyka inspiruje i uczy. Czas iść dalej.

Ale czy posądzenie o kopiowanie kogoś innego nie ustawiło w jakiś negatywny sposób Twojej "kariery komiksowej"? Czytelnicy nie patrzą przypadkiem na komiksy Stefańca, mając w głowie jedynie ten osąd?

Jeśli miałbym robić komiksy tylko po to, żeby zmienić ludz
ki osąd, to bym robił to, czego oni oczekują ode mnie, a nie to, czego oczekuję od siebie. To się mija z pojęciem twórczości. Nikt nie chce robić pod dyktando, gdyż brak w tym kreatywności. Zabija umysł i duszę. Po "Alveum" było już parę innych historii. Mogą je porównać z tą jedną. Pierwszą. Ja im nie narzucam oceny. Szanuję ich zdanie.
Nie przeczę, krytyka na temat "Alveum" wpłynęła na mnie depresyjnie, Ale było kilka osób, które mi zaufały i aż tak nie przyglądały się temu, co było. Oni mnie troszkę podbudowali. Dlatego robię komiksy dalej.

Abstrahując od "Alveum", Twoje komiksy cechuje przecież dość spora różnorodność - prace które znaleźć można w internecie (np. "Zdążyć przed północą" do scenariusza Łukasza Bogacza) to totalnie inny styl niż to, co prezentujesz dzisiaj. Regularne kadrowanie, bisleyowate postaci - kręciły Cię kiedyś takie klimaty?

"Zdążyć przed północą" było jeszcze wcześniej niż "Alveum". Jak dobrze pamiętam, robiłem go chyba ze cztery lata. To była czysta amatorka, jeśli chodzi o moją pracę. Łukasz podesłał mi świetnie napisany scenariusz, Byłem na początku czytania, gdy już w
iedziałem, że chcę to narysować. Lecz ja nie do końca uznaję tę historię za udaną. Za długo ją robiłem. Chyba nie byłem świadomy tego, co robię. Co do kadrowania... Wiesz, to wszystko zależy od historii. Od tamtej pory nie robiłem komiksu o podobnej tematyce. Ogólnie uciekam od podobnych tematów. Lubię różnorodność, dlatego chyba nigdy nie podejmę się rysowania seriali, gdyż to by mnie zabiło twórczo. Dlatego te ciągłe zmiany. Ciągłe poszukiwania. To nie znaczy, że klasyczne kadrowanie mnie nie obchodzi. Wręcz je uwielbiam. To dla mnie jak dur, moll w muzyce. Nieskończone możliwości w najczystszej formie. Jeśli dodać do tego troszkę eksperymentów... Świetna zabawa.

Komiksy, które tworzysz z różnymi scenarzystami mają mocno odciśnięte Twoje piętno: potrafisz zrobić z 5-planszówki zeszyt, z zeszytu - album. I wkładasz w tę pracę bardzo dużo od siebie. Czy tak wg Ciebie wygląda idealna współpraca na linii rysownik - scenarzysta?

Ty, jako twórca, pewnie masz nie raz uczucie zazdrości. Chciałbyś przeczytać "Dom Żałoby", tak jak to czyta czytelnik. Może gdy rozwlekam scenariusze, jest to właśnie to przeżycie. To jest pewna forma doznania własnej historii. A tak poważnie... Póki scenarzyści nie mają nic przeciwko, to chyba im się podoba. Nie rozwlekam historii, bo mi się tak podoba. Ws
zystko wcześniej konsultuję z drugim autorem. Ja po prostu pokazuję więcej szczegółów. Ludzkie zachowania są na tyle bujne, że czasami zamiast jednego kadru, trzeba użyć dwóch stron. Pamiętam jak dziś współpracę z Bartkiem Sztyborem, gdy czasami rozmawialiśmy o drugiej, trzeciej w nocy o tym, jakby "Szanowny" wyglądał tak, a nie jak założyliśmy wcześniej. Dlatego z kilku stron scenariusza zrobił się mini album. To historia się tego domagała. Idealna współpraca jest wtedy, gdy autorzy ze sobą dyskutują na temat historii. Mogą się kłócić, byle to było na temat. Nie ma siły, zawsze dojdą do porozumienia. To jest dla mnie idealny układ. Proces twórczy trwa do samego końca. Nie ma czegoś takiego, że scenarzysta napisał i jego rola się kończy. Dla mnie to jest nie do przyjęcia.

Właśnie: W "Szanownym" widać tę znakomitą współpracę i zrozumienie między Wami a jednocześnie wkład, jaki każdy z Was indywidualnie wniósł do tego albumu. Jesteś zadowolony z efektu?


Można powiedzieć, że "Szanowny" powoli do mnie dociera. Myślę, że zrobiliśmy komiks o nieskończonej studni interpretacji, i nawet tego nie jesteśmy świadomi. Ostatnio sam przyłapałem się na tym, że "Szanowny" może być historią o końcu świata, a wcale tej kwestii z Bartkiem nie poruszaliśmy. Dlatego ten komiks do mnie cały czas dociera. Na pewno jest lepszy od "Alveum".
Nie wstydzę się powiedzieć, że "Szanowny" jest moim i Sztybora dzieckiem.
O dziwo, "Szanownego" dość szybko zilustrowałem, chyba 4-5 miesięcy. Pochłonęła mnie ta historia całkowicie.

Czy śledzisz to, co dzieje się na polskim rynku komiksowym? Co Ci się podoba a co nie?

Dobre pytanie. W sumie śledzę tylko to, jakie komiksy się ukazują u nas na rynku. Jeśli chodzi o osobowości, to nie obchodzi mnie to zbytnio. Ja muszę poznać osobę na żywo, żeby wiedzieć o kim mowa. Porozmawiać z nią o przysłowiowej pogodzie. Dopiero wtedy wiem kim on jest i jaki jest przede wszystkim. Nie mogę też wiele wiedzieć o świecie komiksowym w Polsce, gdyż mieszkam nad samym morzem, a tu kontakt z komiksem, jeśli jest, to znikomy, np. poprzez witryny internetowe, które bardziej zajmują się filmami na podstawie komiksów, niż stricte komiksami i ich analizą. Jest zbyt duża odległość od najbliższego miasta związanego z komiksem, żeby żyć światem komiksiarzy. Nawet mnie to cieszy, gdyż mam więcej czasu na robienie komiksów. Tak, są Gdańskie spotkania z komiksem, ale nie oszukujmy się, ta impreza jak dotąd przyciągała mało ludzi, głównie dlatego, że jest to zbyt duża odległość od właśnie np. Warszawy. Może w tym roku? Mało też czytam recenzji komiksowych, czy wiadomości na serwisach. Brak im podłoża prawdziwej analizy dzieła. Czasami mam wrażenie, że niektórzy dostają w łapę, żeby ładnie zbluzgać komis. Dlatego wolę przeczytać komiks osobiście. Co mi się podoba? Dobre komiksy zawsze mi się będą podobać. No i dobre pytania.
Większość informacji na temat tego, co się dzieje w świecie komiksu otrzymuję od ludzi których znam właśnie w centralnej Polsce. I to moje całe śledzenie...

Słuchasz muzyki podczas rysowania?


Ja słucham muzyki non stop. Możesz spytać kogo chcesz. Jeśli spotkasz jakąś osobę, która mnie pamięta, każdy ci opisze mn
ie jako gościa ze słuchawkami na uszach. Jestem pewny, że nie oddycham powietrzem, tylko muzyką. Jak kładę się spać, słucham muzyki. Jak się myję, nucę. Słucham praktycznie wszystkiego co jest wartościowe muzycznie. Od klasyki po eksperymentalną elektronikę. Od folku po progresywnego rocka. Od disco polo (bo kto nie lubi "Jesteś Szalona"), po funk i jazz... ja już nawet nie wiem czego słucham.

A co masz teraz na słuchawkach?


Od 4 dni non stop słucham Oresund Space Collective. Rockowa formacja z Danii. Absolutna psychodela. Kutiman, Izraelczyk grający funkująco baunsujące melodie, z melancholijnymi klimatami. Zawsze i wszędzie będę uwielbiał The Mars Volta. Za to ich szaleństwo. Friendly Fires, Soulwax. Ostatnio zaciekawiła mnie taka grupa jak School of Seven Bells z USA. Zajebiście np. mi się podoba nowy kawałek Dizzy Rascala.Ogólnie jest tak, że zarzucam sobie kapele z danej wytwórni. Ileś tam płyt, ileś tam kapel, i katuję przez tydzień. Raz Warp i ich eksperymenty, później np. Kranky i ich ambienty. Raz Conspirancy z eksperymetalnym rockiem itd. a następny tydzień non stop Chopin. Tak to u mnie wygląda.
Mam wiecej płyt niż komiksów.

Soundtrack do "Szanownego"?


Najważniejszy utwór to: Murcof - Cuerpo Celeste z płyty Cosmos. Bartkowi nawet go przesłałem. Moim zdaniem to właśnie ten utwór odzwierciedla klimat i stan umysłu "Szanownego". Później np.
Squarepusher - Orient orange, z płyty Hello Everything, Clark - Beg z płyty Turning Dragon, Tool - Rosetta Stoned z płyty 10000 days, Eivind Aarset- SelfDefence z płyty Light Extracts. Można by tak długo... Na pewno Murcof wtedy katowałem.

Wracając do komiksów: Twój, brat, Stefan, również je robi. Czasem nawet współpracujecie. Jak to jest w podziale obowiązków rysowniczych?


On robi sceny, hmmm... te bardziej zwariowane. Jego stan ducha idealnie nadawał się do "Zawału" z Bogaczem, czy "Spróbuj to sobie wyobrazić" ze Sztyborem. Czytając te historie czuć, że nie są do końca normalne. "Zawał" jest abstrakcyjnym bełkotem alkoholowym, a akcja "Spróbuj..." rozgrywa się nie wiadomo tak do końca gdzie. Do takich momentów, do takich historii zabiera się Stefan. Do komiksów, które mogą wydawać się nie do zrealizowania. No ale przez to trudniej się z nim współpracuje. Dużo dyskutuje. Więcej ode mnie.

Nad czym teraz pracujesz i kiedy będziemy mogli zobaczyć jakiś Twój nowy komiks?

Ogólnie to cały czas robię jakieś szorciaki. W Ziniolu #5 ma się ukazać 4 stronicowy dowcip, który zrobiłem z Pawłem Kumpiniewskim i już mamy w planach następny komiks, lecz utrzymany w poważnych tonach. A tak poza tym, chyba już od 3 lat ilustruję scenariusz Jerzego Szyłaka pt. "Szelki". Jest to kontynuacja legendarnej "Szminki" Joanny Karpowicz i właśnie Szyłaka. Poprzeczka jest postawiona bardzo wysoko, aby dorównać tej historii, mam nadzieję, ze choć trochę się zbliżę do tego komiksu. Poza tym różne okładki do wydawnictwa książkowego, jak i ilustracje do gazety.

A jak wygląda twój proces twórczy?


W sumie od lat wygląda tak samo. Niewiele się zmieniło. Nigdy nie robiłem szkiców wstępnych. Nigdy nie szkicowałem stron, ani kadrów. Lecę od razu, od pierwszego do ostatniego kadru po kolei. Tak było aż do "Szanownego". Dopiero przy "Szelkach" zmienił się format kadrów. Każdą ilustrację robię osobno na A3.
Wiesz, proces twórczy, to poważna sprawa. Jeśli nie pozwolisz s
obie na irracjonalne myślenie, nie wyjdziesz poza sferę standardów. Nie mówię tu o usilnym szukaniu oryginalności, ale o tym, że jeśli chcesz coś stworzyć, musisz zamknąć się w sobie. A to nie jest normalne. Scenariusz pisze się szybciej niż robi się ilustracje. Pisać można praktycznie wszędzie. Ze stroną wizualną jest zupełnie inaczej. Potrzeba na to czasu. Skupienia. To jest droga, którą kroczy tylko rysownik w samotności.

Masz zabałaganione biurko? Chodzisz w ekstazie
po pokoju, czekając aż spłynie pomysł?

Zazwyczaj mam zagracone biurko. Pędzelki, paleta z farbami, farby, ścierki (choć nie wiem po co, i tak wszystko wycieram o ciuchy). Bardzo dużo rozmyślam nad kadrami. Nie spieszę się z nimi. Czasami jest tak, że robię jeden tydzień, a czasami 2 godziny. Wszystko zależy od stanu ducha.
Do tych wszystkich rzeczy dochodzi kubek z herbatą, kubek z kawą i kubek z wodą.
Nie raz maczałem pędzelki z farbą w herbacie, albo kawie. I tak to wypijałem.

Prawdą też jest, że chodzę podczas rysowania czy ilustrowania
- to pomaga. Patrzysz na ilustracje z różnych kątów. To pomaga dostrzec błędy.
Tak, często chodzę.

Chodzenie pomaga myśleć.

Prawdą też jest, że próbuje farby. Najgorsze w skutkach są
akwarele. Straszna chemia.
Próbuję w sensie, że troszeczkę zjadam.
..

wtorek, 26 maja 2009

Cross-over

Autor: Dominik Szcześniak

Zbliża się czerwiec, czyli miesiąc w którym zaprezentujemy Czytelnikom nowy odcinek "Ziniola". Tak się złożyło, że pewne aspekty numeru piątego w bardzo ładny sposób powiążą się z takimi samymi motywami w dwóch innych pismach. Będą to sweg
o rodzaju "cross-overy". Ten znany komiksiarzom termin oznacza sytuację, w której dochodzi do spotkania bohaterów z różnych komiksowych wydawnictw. W naszym przypadku będzie to spotkanie na szczycie między "Ziniolem" a "Lampą" oraz "Ziniolem" a "Recyklingiem idei".

W pierwszym z wymienionych czasopism pojawi się spora dawka komiksu portugalskiego, który od pierwszego numeru jest również znakiem rozpoznawczym "Ziniola". Twórcy, którzy pojawią się "Lampie", są zresztą w 1/3 bardzo dobrze znani naszym Czytelnikom: Jose Carlos Fernandes, autor "Najgorszej kapeli świata" i Joao Mascarenhas, stwórca "Smutnego Chłopca" (którego pierwszy odcinek znaleźć możecie w "Ziniolu" 4, drugi - "Ziniolu" 5, a fragmenty trzeciego właśnie w "Lampie") wspomagani są talentem Pedro Burgosa.

"Recykling idei" natomiast zaprezentuje Wam cykl "Elementy chaosu" - dyplom Jakuba Rebelki oraz wybór prac z wcześniejszego okresu twórczości tego rysownika. Dwunasty numer "Recycligu" pojawi się na początku czerwca w Empikach, natomiast fascynatom kreski Rebelki radzimy poczekać do końca tego samego miesiąca, kiedy to w "Ziniolu" przeczytać będziecie mogli wywiad, jaki z Jakubem przeprowadził Piotr Machłajewski oraz podziwiać wykonaną przez niego specjalnie na potrzeby "Ziniola" okładkę.

Czerwiec. Bądźcie czujni przez cały miesiąc!

poniedziałek, 25 maja 2009

"London" - Milligan, Bond

Autor: Dominik Szcześniak


Peter Milligan był jednym ze scenarzystów, których komiksy
położyły fundament pod imprint Vertigo. Poza seriami, które publikowano w głównym nurcie tego wydawnictwa, brytyjskiego scenarzystę zaprzęgano również do pracy przy projektach pobocznych, takich jak Vertigo Verite (dla potrzeb którego napisał komiks "Girl") czy Vertigo Voices ("Face" i "The Eaters"). W roku 2003 Milligan został zaproszony do współtworzenia serii "Vertigo POP!", która skupiała się na sprawach związanych z szeroko pojętą kulturą popularną z całego świata i składała się z trzech czteroodcinkowych odsłon, umiejscowionych w konkretnych tego świata punktach: Tokyo, Londynie i Bangkoku. Peter Milligan zajął się środkową częścią cyklu i opowiedział historię upadłej gwiazdy rock'n'rolla - Rocky'ego Lamonta, którego zespół The Idle Hands w 1965 roku zmiótł ze sceny Rolling Stonesów.

Lamonta poznajemy w momencie jego sześćdziesiątych urodzin. Starość zdecydowanie mu nie służy - jest reliktem przeszłości, którego muzyki nikt nie słucha i któremu zdrowie zabrania czerpania garściami z dewizy "sex, drugs, rock'n'roll". Jednakże, trzydzieści lat wcześniej Rocky Lamont odwiedził Indie, gdzie jego guru, Swami Lakhini, ofiarował mu prezent: paczkę, którą Rocky mógł otworzyć dopiero w momencie swoich sześćdziesiątych urodzin. Owym podarunkiem było nagranie video z kwiecistym zapytaniem trzydziestolatka skierowanym w stronę sześćdziesięciolatka: Czy staliśmy się tym, kim chcieliśmy się stać? Czy nagraliśmy taką ilość płyt, jaką chcieliśmy? Czy byliśmy wierni żonie, którą tak bardzo kochaliśmy? Ile powieści udało nam się napisać? I wreszcie: Czy, drogi sześćdziesięciolatku z dużym przebiegiem na karku, nie zawiodłeś mnie, trzydziestolatka z ambitnymi planami na najbliższe trzy dekady? A jako, że stary Lamont wszystko spartolił, otrzymał od młodego Lamonta drugi podarek: magiczną fajkę Swami Lakhini z ziołem, pozwalającym palącym je osobom zamienić się na ciała...

I tutaj wszystko staje się jasne - zgrany i znany motyw zamiany ciał Rocky'ego Lamonta z młodym adeptem wokalistyki, Seanem Cody'm to motyw przewodni komiksu. Jak napisał jeden z recenzentów "Londynu", Milliganowi brak zaskoczenia czytelnika można wybaczyć, ponieważ zawsze rekompensowany jest on fantastyczną zabawą podczas lektury. Tak jest i w tym przypadku - otrzymujemy czytadło przepełnione schematami, przy którym można nieźle się bawić. Świetne dialogi, szereg ekscentrycznych postaci drugoplanowych oraz zwroty akcji rzeczywiście umiejscawiają ten komiks w rejonach mocnej pulpy, a o nastroju "milliganeski" co rusz przypominają ulubione tematy z jakimi obcował i wciąż obcuje scenarzysta. Tożsamość, role społeczne, pojęcie zmiany - to wszystko jest w "Londynie", tyle, że w formie nieco zubożonej.

Ile w "Londynie" jest natomiast Londynu? Jako, że Milligan zna to miasto jak własną kieszeń - sporo. Londyn sam w sobie nie jest jednak bohaterem komiksu - stanowi jedynie jego żywe tło. Bardziej cenne niż odwiedziny na Finsbury Park, czy wzmianki o Abbey Road mogą być dla czytelnika fragmenty komiksu, penetrujące środowisko londyńskich zblazowanych artystów czy też wizyty w domach gwiazd muzyki.

Autorem rysunków do "Londynu" jest Philip Bond, wspomagany na finiszu serii przez Warrena Pleece'a. Panowie znani są przede wszystkim ze współpracy z Grantem Morrisonem przy serii "The Invisibles". Jako, że Pleece jedynie inkuje, to styl Bonda przeważa. Nie jest to rysunek najwyższej próby, a raczej przeciętna rzemieślnicza robota, dopasowująca się do klimatu historii.


Spoglądając na tematykę, jaką podejmuje, "Londyn" można by uznać za jeden z najsłabszych komiksów, napisanych przez Petera Milligana. Najsłabszych oczywiście w stałych granicach dość wysokiego poziomu, jaki ten scenarzysta prezentuje. Pomimo, iż produkt to typowo pulpowy, w narracji i dialogach wciąż wyczuwalny jest zawadiacki ton Milligana. Podobnie zresztą w konstrukcji opowieści, przeskokach czasowych i niesamowitych zwrotach akcji. Fani, którzy zakochali się w twórcy po lekturze "Enigmy" nie znajdą tu wiele dla siebie. O wiele więcej wyciągną z "Londynu" popkulturowi wyjadacze, zainteresowani wielością możliwości przekształcania zgranych motywów oraz fani rock'n'rolla i muzyki w ogóle, dla których znajdzie się na stronicach komiksu kilka smacznych kąsków z tego zakresu.

"Vertigo POP! London" 1-4. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Philip Bond, Warren Pleece. Kolory: Nathan Eyring. Wydawca: DC Vertigo

niedziela, 24 maja 2009

"Pogrzeby Łucji" - Springer

Autor: Dominik Szcześniak

Do miasteczka przybywa śmierć. Przechadza się ulicą targową, czekając aż zbierze żniwo. Miasteczko zamieszkałe jest przez wielu ludzi, lecz czytelnicy "Pogrzebów Łucji" poznają jedynie tych starszych wiekiem. Benoit Springer, autor komiksu, skupia się na zjawisku starości, samotności i śmierci, rysując swoją własną prostą historię.

Starość u Springera jest tematem wiodącym. Towarzyszy jej strach, akceptacja i odosobnienie. Proza życia starych dziadków przerywana jest jednostkowymi
zdarzeniami, przywracającymi im wiarę w życie: wizyta zapracowanego syna, ciekawej życia wnuczki, bądź piknik w towarzystwie rówieśnika - wszystkie te akcje pojawiają się w życiu głównych bohaterów opowieści na kilka chwil przed końcem ich egzystencji. Springer daje nam do zrozumienia, że śmierć, która przybyła do miasteczka, ma swoje bardzo konkretne plany. Nie skupia się jednak na tym, jak je knuje i realizuje, lecz na tym, jak te jej zamiary przyjmują główni bohaterowie. Podskórnie czując nadchodzącą śmierć, reagują na nią na różne sposoby - tak różne, jak różne postawy wobec życia reprezentują. Nie radzący sobie z nim w ogóle pan Simon jest przeciwieństwem pani Roserin, która będąc wiekową wdową, nie ulega żadnemu ze schematów, z jakimi kojarzymy starych ludzi. Jest energiczna, jawnie demonstruje pogardę dla zdewociałych płaczek oraz zwalcza stereotyp wszechwiedzącej starej baby.

Springer nierozerwalnie połączył w "Pogrzebach Łucji" scenariusz i rysunek, kładąc niesamowity akcent na psychologiczną budowę utworu. Tak kompletne komiksy nie zdarzają się zbyt często. Subtelnościom, w rodzaju specyficznych ujęć obejmujących
jedynie wybraną część kadru, towarzyszą kilkuplanszowe nawet sceny obrazujące samotność bohaterów. Znamienna jest tutaj scena powrotu pana Simona do domu i karmienia przezeń kota. Bezsens egzystencji tego bohatera i uwypuklenie jego wyobcowania przejawia się w przerzuceniu tej postaci na drugi plan - plan, w którym nawet tej postaci nie widzimy, choć wiemy, że tam się znajduje, siedząc przed telewizorem i oglądając teleturniej. Na pierwszym planie natomiast znajduje się kot, pijący mleko. I choć ta czynność sama w sobie jest rozegrana fantastycznie, nie stanowi meritum tejże sceny. Sedno leży na drugim planie, w pokoju z telewizorem serwującym głupie teleturnieje. Pokoju, w którym stary człowiek zamyka się w swoim poczuciu odrzucenia.

Springer po mistrzowsku ukazuje relacje międzyludzkie. Czasem potrzeba mu do tego kilku trafnych dialogów, zazwyczaj jednak ogranicza się do serii niemych kadrów, z których aż kipi od emocji. Starość przedstawia zarówno w klimatach jak najbardziej depresyjnych, jak i dających nadzieję, że może być piękna i bogata w miłość. Lecz zawsze ulotna. Co również istotne - konfrontuje starość z młodością. Świadomość śmierci z pytaniami o nią. Wiedzę o jej bliskim nadejściu z ciekawością tych, dla których jest ona sprawą bardzo odległą. Innymi słowy: zestawia podejście starców z wersją małej Łucji.

Tytułowe pogrzeby Łucji to tak naprawdę pierwsze kontakty dziewczynki z tym zjawiskiem. Zadając szereg podstawowych, dziecięcych pytań na ten temat - a więc pytań, z odpowiedzią na które wielu dorosłych ma problem - buduje swój własny stosunek do śmierci. Zdarzenia dziejące się na kartach komiksu, pozwalają jej przejść przez wszelkie etapy kontaktu ze śmiercią - od jej tajemniczości, poprzez strach powstały po zetknięciu z nią, aż po gniew i akceptację. Bardzo trafnie jest to opisane przewijającym się przez cały komiks motywem biedronki, która zupełnie inaczej odbierana jest przez Łucję na początku albumu, a inaczej w jednej z końcowych jego scen. Springer wiarygodnie wiąże losy postaci, miksując naiwność postrzegania Łucji ze świadomością starców. I choć okładka komiksu sprawia wrażenie, jakby opisywała jego sedno, lektura jego wnętrza pozwala spojrzeć na temat szerzej.

Springer stworzył komiks bardzo szczery i prosty. Rozgrywająca się w powolnym tempie, bardzo kameralna historia skierowana jest przede wszystkim do tych, którzy lubią w komiksie szperać i rozkoszować się tym, co zawarte w jego kadrach. "Pogrzeby Łucji" wkroczyły na polski rynek komiksowy bez rozgłosu, po cichu, nieśmiało. Co prawda koresponduje to z nastrojem albumu, jednakże brak rozreklamowania pozwala zadać pytanie: jak wielu czytelników po niego sięgnie?

"Pogrzeby Łucji". Scenariusz i rysunki: Benoit Springer. Tłumaczenie: Magdalena Kurzyna. Wydawca: Taurus Media 2009

środa, 20 maja 2009

"Enigma" - Milligan, Fegredo

Autor: Dominik Szcześniak

Ośmioodcinkową "Enigmę", nad którą Peter Milligan i Duncan Fegredo pracowali ponad dwa lata, wydało Vertigo w 1993 roku. Komiks z miejsca stał się hitem nowej linii wydawniczej DC i do dziś pozostaje jednym z najlepszych komiksów "złotego okresu" Vertigo. Podczas cyklu wydawniczego wydarzenia przedstawiane na łamach serii były szeroko komentowane (m.in. oskarżano autorów o propagowanie homofobii), zaś po jego ukończeniu komiks zgodnie uznany został za jedną z najlepszych produkcji Milligana, Vertigo a wreszcie komiksu mainstreamowego w ogóle.

Punktem wyjścia dla Milligana przy realizacji "Enigmy" stało się odwieczne pytanie o sens życia, natomiast elementów, jakich autorzy użyli by na nie odpowiedzieć, było kilka. Niewątpliwie bardzo istotnym zabiegiem stało się urealnienie nieprawdopodobnych zdarzeń, dziejących się na kartach komiksu, poprzez stworzenie "komiksu w komiksie". Akcja serii, rozgrywająca się przeważnie na ulicach Pacific City, skupia się bowiem na wysypie brutalnych superłotrów, mordujących mieszkańców tego miasta w ilościach hurtowych, oraz na pojawieniu się superbohatera, w równie brutalny sposób tych superłotrów eliminującego. Fani komiksu z gatunku "super-hero" usatysfakcjonowani będą jednak tylko połowicznie - akcji i mordobicia co prawda nie brakuje, lecz łotrzykowie już samymi pseudonimami, jakich używają, prezentują drugie, bardzo istotne dla wymowy komiksu, dno. O tym jednak za chwilę. W tym momencie opisywania "Enigmy" najistotniejsze jest to, że wszystkie te postaci pochodzą z wydanego kilkadziesiąt lat temu komiksu "Enigma" autorstwa Titusa Birda. Komiks (Birda) został więc zaadaptowany do życia (mieszkańców Pacific City). I to dodatkowo w formie komiksu (Milligana i Fegredo). Dało to Milliganowi możliwość zdystansowania czytelnika do tematu superherosów, wtrącenia swych własnych przemyśleń na temat scenopisarstwa, jak również wytworzenia specyficznego klimatu, który unosząc się nad całą serią pozwalał czytelnikowi wierzyć w to, co widzi.

Uwiarygodnienie opowieści to również zasługa głównego bohatera komiksu. Michael Smith to poddany codziennej rutynie młody człowiek, który nie czerpie najmniejs
zej radości z życia i tkwiąc w toksycznym związku, dostaje w pewnym momencie impuls do zmiany. Impulsem tym jest pojawienie się Enigmy oraz jego antagonistów - wszystkie te persony Michael dobrze zna z komiksów, które czytał w dzieciństwie. Ulubionych komiksów, dodajmy. Takich, które czyta się po wielokroć i których się nie zapomina. "Enigma" autorstwa Titusa Birda została zamknięta po trzech numerach z powodu niezadowalających wyników sprzedaży. Historia nie została dokończona, wątki urwano w najciekawszym momencie. Michael, widząc dobrze sobie znane postaci na żywo, stwierdza więc, iż oto właśnie na jego oczach pisany jest odcinek czwarty...


A jakie są to postaci? The Head (Głowa) - zwany przez prasę Zjadaczem Mózgów, lubieżnie konsumuje mózgi swych ofiar, gromadząc ich wspomnienia. The Truth (Prawda) to personifikacja prawdziwej prawdy - spotkanie z nim może zaboleć. Envelope Girl (Dziewczyna Koperta) to piękna pani, która przytulając Cię do swego łona sprawi, że zbudzisz się w paczce pocztowej tysięce kilometrów stąd. Interior League to z kolei grupa, zajmująca się przearanżowywaniem wnętrz w taki sposób, iż zamieszkującą je osobę ogarnia szaleństwo i jest w stanie zamordować całą rodzinę. Prawda, Głowa, Koperciana Dziewczyna - czyżby Milligan nie wysilił wyobraźni? Cóż, w ostateczności winę mógłby zrzucić na wymyśloną przez siebie postać Titusa Birda, która jest odpowiedzialna za powołanie tych dziwolągów do życia. Zanim jednak ta ostateczność nastąpi, słowo usprawiedliwienia tego nazewnictwa: wszelkie postaci stanowią bardzo poważną pomoc naukową w poznaniu prawdziwego "ja" Michaela Smitha, umożliwiają stopniową rozbiórkę jego psyche na czynniki pierwsze oraz pozwalają mu uświadomić sobie sprawy, które drzemały do tej pory głęboko w jego wnętrzu.

Wędrówka Michaela Smitha trwa od pierwszych stron odcinka pierwszego do ostatnich paneli ósmego. Milligan wrzucił swojego bohatera na tor, prowadzący od bra
ku seksualnego spełnienia w towarzystwie kobiety, poprzez zaprzeczenie swego potencjalnego homoseksualizmu w obecności Titusa Birda, aż po emocjonalną i fizyczną ekstazę w ramionach kochanka. Penetracji tożsamości (przede wszystkim seksualnej) bohatera towarzyszy spojrzenie na świat okiem Enigmy. Podobnie, jak nazewnictwo takich postaci jak The Head czy The Truth miało znaczenie, tak jest i w przypadku Enigmy. Milligan tajemniczość tej postaci uczynił przyczynkiem do rozważań na temat tego, co w życiu ważne oraz tego, czy kreowanie własnych światów kosztem innych ludzi ma sens.

"Enigma", o czym jeszcze nie wspomniałem, jest przede wszystkim horrorem. Nie do końca jest to zasługa scenarzysty - ten bowiem częstokroć ucieka do akc
entów humorystycznych, rozładowujących napięcie. Mroczny klimat i zapadające w pamięć sceny można śmiało zapisać na konto Duncana Fegredo i Sherylin van Valkenburgh. Rysownik działa bardziej "szkicowo" niż zwykle (zwłaszcza na początku komiksu - z czasem jego kreska ewoluuje, nie bez przyczyny zresztą), a jego ręka w wyśmienity sposób podkreśla absurdalność i duszność scenariusza. Kolorystka wtóruje mu, w szalony sposób wykorzystując wszelkie ciemne barwy jakie istnieją. Milligan dorzuca do tego wątki, mogące sklasyfikować "Enigmę" jako horror religijny (nadejście Mesjasza, Prawda umierająca w Kościele) lub horror o monstrach, wychowywanych gdzieś po Arizońskich studniach, przywodzących na myśl rodziny "Peacocków".

Aby wspomnieć o metodzie, jaką obrał Milligan w pisaniu scenariusza "Enigmy", chciałbym przypomnieć kilka faktów związanych z wielopłaszczyznowością tego komiksu:
1. Jest rzeczywistośc komiksu "Enigma", całkowicie fikcyjnego, stworzonego przez Titusa Birda.
2. Jest rzeczywistość Enigmy, tytułowego bohatera powyższego komiksu.
3. Jest rzeczywistość pisana przez Michaela Smitha, wielkiego fana komiksu Titusa Birda a jednocześnie bohatera komiksu Petera Milligana.

4. Jest rzeczywistość Petera Milligana, który opisuje życie Michaela Smitha i jego związki z komiksem Titusa Birda o Enigmie.
Te cztery różne podejścia zostały spięte przez scenarzystę postacią narratora. Od pierwszych stron daje on czytelnikowi do zrozumienia, że jest czynnym uczestnikiem tej opowieści oraz że zna ją od podszewki. Tworzy tym samym kolejną płaszczyznę, która służy Milliganowi - opcja 4 - do scalenia trzech pozostałych. Sam narrator jest w dodatku świetnym rozwiązaniem formalnym Milligana - to, kim się okazuje być, powinno zaskoczyć każdego. Zresztą formalnie ten komiks ma całe mnóstwo prz
eróżnych smaczków - począwszy od dziejących się poza kadrem żartów sytuacyjnych, na ciekawie ujętych retrospekcjach skończywszy.

"Enigma" jest przede wszystkim komiksem o maskach, jakie nosimy by zakryć swoje prawdziwe oblicze i o próbie uświadomienia sobie potrzeby zerwania takiej maski. Jest tak samo komiksem obyczajowym, naładowanym gigantycznym ładunkiem emocjona
lnym, jak i horrorem, mogącym zbudzić Was w środku nocy. Miks przeróżnych motywów i gatunków wykonany został przez sztab twórczy wzorowo i porywająco, przy czym wzbogacony został różnorodnym ujęciem formalnym prezentowanej historii. Mimo ponad 16 lat na karku, "Enigma" wciąż potrafi zadziwić. Polskim wydawcom puszczam niniejszym oczko. Czytelnikom natomiast szczerze polecam.

"Enigma" 1-8 (marzec - październik 1993). Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Duncan Fegredo. Kolor: Sherylin van Valkenburgh. Wydawnictwo: Vertigo.

czwartek, 14 maja 2009

"Girl" - Milligan, Fegredo

Autor: Dominik Szcześniak

W głowie czytelnika, zaznajomionego z twórczością Petera Milligana i sięgającego po komiks jego autorstwa zatytułowany "Girl" pojawić się może szereg skojarzeń dotyczących tytułowej dziewczyny i motywów, w jakie wepchnąć ją mógł scenarzysta. Psycho thriller o lesbijce z innego świata, mającej problemy z tożsamością i uwielbiającą oddawać się kanibalistycznym ucztom na postmodernistycznie przyozdobionej wyspie z obcego wymiaru to najlżejszy z nich. Czytelnik, nastawiony na taką kondensację milliganowskich motywów może być zadowolony w przypadku dwóch sytuacji: gdy powyższe motywy się sprawdzą, bądź gdy scenarzysta postanowi zaskoczyć i stworzy coś wręcz odwrotnego. Czy zatem "Girl" to jedynie przypowiastka o dorastaniu? Z przyjemnością zbadam tę sprawę.

Sam tytuł nie wziął się z kosmosu - kolejny wspólny projekt Milligana i Fegredo opowiada bowiem historię Simone, która jest uczennicą szkoły średniej, jest nękana
przez koleżanki i nienawidzi, gdy mówi się na nią "Simmy". Patologia, jakiej doświadcza w domu oraz w najbliższym otoczeniu plus ogólne niezadowolenie z życia i dość mocno wyczuwalna chęć jego zakończenia, powoduje że mała Simmy nie ma nic do stracenia. Podczas pogrzebu psa na wysypisku śmieci, zdziela w łeb faceta, gwałcącego pewną blondynkę. Blondynka okazuje się być jej dawno zaginioną siostrą Polly, a facet zostaje na wysypisku na zawsze, pogrzebany wśród wszystkich zmarłych zwierząt dziewczyny.

Milligan nie byłby sobą, gdyby choć na chwilę nie skorzystał z okazji i nie zagłębił się w swój ulubiony temat. Tożsamość. Po rozstaniu z Polly, Simone szukając jej decyduje się na skorzystanie z dobrodziejstwa magii sympatycznej. Przebierając się w ciuchy Polly i zakładając blond perukę, Simone staje się Polly. Fantastyczna jest scena, gdy na ulicy sp
otyka Polly, która w podobny sposób starała się odnaleźć Simone. Zarówno dziewczyny, jak i czytelnik zadają sobie pytanie: kto jest kim? I tak, jak dziewczyny po kilku kadrach dochodzą do rozwiązania tej zagadki, tak czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że oto zaszyfrowany kod Milligana został właśnie przez niego złamany. Okazuje się, że jakkolwiek nieprzewidywalne akcje serwował nam Milligan, powierzchnia po której zwykł surfować jest prawie zawsze taka sama. Polly wie, że jest Polly, a Simone wie, że jest Simone. Czytelnik z kolei wie, że obie dziewczyny się mylą. A scenarzysta? Scenarzysta bawi się swoimi ulubionymi klockami.

Robi to tak, że każdy fan jego twórczości nie będzie zawiedziony. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na dwie rzeczywistości, jakie mamy okazję spenetrować w tym komiksie (choć nie od razu o tym wiemy) - pierwsza jest projekcją Simone, druga tym, co dzieje się w realnym świecie. Jedynym, co je łączy jest specyficzny slang mieszkańców miasteczka Bollockstown, w którym dzieje się akcja "Girl". Tak zastosowana konsekwencja językowa pozostawia czytelnika w ułudzie, że czyta zupełnie normalną historię o zwykłej dziewczynie, mającej zwykłe problemy, jakie przytrafiają się każdej nastolatce na pewnym etapie jej życia. W mom
encie, gdy do gry wchodzi świadomość tego drugiego wymiaru, komiks wchodzi na wyższy pułap zrozumienia. Staje się czymś wręcz magicznym, baśniowym, co znajduje potwierdzenie w obleczonym w morał finale.

"Girl" opowiada o dorastaniu, z wszelkimi towarzyszącymi temu procesowi problemami. W ujęciu Milligana spieranie się z samym sobą oparte jest jednak nie
na wyważonych, subtelnych emocjach, lecz na przykładach, posuniętych do ekstremum. Zamiast złych stosunków z rodzicami pojawia się zgroza ojcobójstwa, zamiast buntu młodzieńczego przejawiającego się w ucieczce z domu - chęć spalenia całego Bollockstown. Zamiast młodego człowieka załamanego bezsensem egzystencji dostającego szansę przemiany, jakiej doświadczyć może przyjmując nowe życie na świat jest widmo zabójstwa siostrzeńca. Simone walczy ze sobą na wielu polach, a przybycie Polly idzie jej na ratunek, choć też popycha do robienia rzeczy, o których zrobienie nigdy by siebie nie podejrzewała.

Duncana Fegredo koloruje w tym komiksie Nathan Eyring. Komiks nie ma takiego szaleńczego chaosu, o jaki wzbogacała rysunki Fegredo Sherylin van Valkenburgh, ale też wymogiem scenariusza było chyba, aby ten chaos został wyeliminowany. Eyring koloruje adekwatnie do momentu, w jakim znajduje się akcja - bywa, że jest cukierkowo, bywa również, że mrok zapada nad planszą. Kreska Fegredo jest wyśmienita - arsenał możliwości tego pana jest tak obszerny, że nie zaskakują już nawet bardzo zaskakujące zabawy z kadrowaniem w jego wykonaniu.


Fenomenalna synteza scenariusza i rysunków pozwala raz jeszcze potwierdzić tezę, iż mimo całej przypadkowości kojarzenia artystów w USA, Milligan ma szczęście do takich, którzy potrafią wyciągnąć wszystko z jego tekstów. "Girl" nie jest najlepszym komiksem w dorobku brytyjskiego pisarza, lecz niekonwencjonalnym podejściem do tematu może naprawdę wciągnąć w lekturę. Polecam wilebicielom historii obyczajowych, thrillerów, sensacji oraz przede wszystkim świetnych, pełnokrwistych dialogów. Tych w "Dziewczynie" pełno.

"Girl" 1-3. Scenariusz: Peter Milligan. Rysunek: Duncan Fegredo. Kolor: Nathan Eyring. Wydawnictwo: DC Vertigo Verite; lipiec - wrzesień 1996.

środa, 13 maja 2009

Trzecia trójca - "Ziniol" 5

Autor: Dominik Szcześniak

Oto kolejna prezentacja kadrów komiksów z nadchodzącego wielkimi krokami "Ziniola" 5. Przed Wami ujęcie z komiksu Konstantego Komardina, znanego z "Syberyjskich snów":


Patricio Betteo, znanego z wywiadu, jakiego udzielił "Kolorowym Zeszytom":


oraz Mawila, którego nikomu przedstawiać chyba nie trzeba. Tym, którym jednak trzeba, kilka podpowiedzi: "Bend", "Możemy zostać przyjaciółmi", "Ziniol nr 2".

W najbliższym czasie: zapowiadana już okładka, kolejny odcinek cyklu Milliganowskiego oraz garść recenzji.

poniedziałek, 11 maja 2009

Druga trójca - czyli o "Ziniolu" 5

Autor: Dominik Szcześniak

Ponownie uchylamy rąbka tajemnicy w temacie tego, co się będzie działo w numerze piątym "Ziniola". Tym razem kadry z komiksowego dowcipu autorstwa Pawła Kumpiniewskiego oraz braci Stefańców...


...retro-historii Piotrka Nowackiego...

...oraz horroru Grześka Pawlaka i wyżej podpisanego.

Niebawem kolejna trójca.Plus coś w kolorze, czyli: okładka.

niedziela, 10 maja 2009

Jeszcze o LeSzKu

Autor: Dominik Szcześniak

Są już pierwsze relacje z Lubelskich Spotkań z Komiksem. Tutaj możecie posłuchać, jak mówię o tym, że "świadomość się zatrzymała" oraz że "niewielu miało odwagę iść dalej", natomiast jutro (poniedziałek) o 15:05 w Radiu Lublin szersza relacja, w której Maciej Pałka opowie o tym, że "internet jest nieskończony" oraz że "jest możliwość stworzenia olbrzymiej planszy, która nigdy się nie kończy", ja natomiast stwierdzę m.in. że "nie ma sensu przekonywać" oraz że "można się zagłębiać we światy".


Natomiast z innej beczki: jak donosi Motyw Drogi, Bartek "godai" Biedrzycki wrzucił do sieci stronkę z powszechną bazą recenzji komiksów, opublikowanych w necie. Znalazły się na niej również recki z bloga "Ziniola". Inicjatywa świetna, a baza wciąż się powiększa. I dobrze!

Relacja z LeSzKa

Autor: Dominik Szcześniak

Lubelskie Spotkania z Komiksem rozpoczęły się o godzinie 10:00, a zakończyły o 18:00 dnia wczorajszego. Chatka Żaka nie zanotowała gigantycznego oblężenia fanów komiksu - choć sale na poszczególnych prelekcjach były praktycznie pełne, impreza miała charakter kameralny. Zapraszam do zapoznania się z krótką fotorelacją z LSzK-a:

"Czy naprawdę ktoś zabił komiks polski?" - nad tym zastanawiali się widoczni na zdjęciu: Marcin Andrys, Jakub Syty i Karol Wiśniewski. Odpowiedzi na pytanie było sporo: scenarzyści, wydawcy, czytelnicy, Krzysztof Skrzypczyk... no, każdy dostał po łbie.

Giełda. A właściwie bardzo okrojona wersja giełdy. Czytelnicy mieli do wyboru komiksy wydawnictwa Hanami oraz produkcje ze "Strefy Komiksu", "New British Comics" plus nieco zagranicznych rzeczy. Bez szaleństwa. Ale za to z jedną premierą: "Dziennikiem z zaginięcia" Hideo Azumy, którego recenzję wkrótce zamieścimy.


"Manga. Termin potrzebny?" - o zasadności używania "narodowych" terminów określających komiks opowiadał Radosław Bolałek. Skończyło się na tym, że zarówno bande dessinee, comic, manhwa, fanga (termin ukuty dla określenia "mangi tworzonej przez Francuzów"), panga (termin mogący funkcjonować jako określenie "mangi tworzonej przez Polaków - jeszcze nie wymyślony) i manga to po prostu komiksy. Bez względu na kraj pochodzenia i narodowość dłoni, która komiks narysowała.
Rzecz jasna, nie wszyscy z tą tezą się zgodzili.


"Planeta Pszren wita!" - happening pseudonaukowy, z pełną świadomością tejże pseudonaukowości i sporym dystansem do siebie samego, publiczności i całego świata przeprowadził Piotr Szreniawski. I tak, jak polski komiks został zabity przez Krzysztofa Skrzypczyka, tak Piotr Szreniawski jest według mnie biovitalem, który byłby w stanie tego truposza ożywić. Szalony performance w jego wykonaniu był jednym z jaśniejszych punktów programu. Każdy z uczestników spotkania otrzymał dyplom "za wytrzymanie do końca prelekcji", którego skan prezentuję na końcu niniejszego wpisu.

Powyższe zdjęcie prezentuje chwilę oddechu po zakończonych atrakcjach. Spragnieni pili, głodni jedli, palący palili, a ci, którzy chcieli gadać - gadali. Z racji tego, że następne punkty programu albo się nie odbyły (warsztaty rysunkowe z Danielem Grzeszkiewiczem) albo na nie nie dotarliśmy (prelekcja "Neil Gaiman w tyglu podkultury") albo uczestniczyliśmy w nich bardzo czynnie (warsztaty scenariuszowe) - nie zostały uwiecznione na fotografiach.

Lubelskie Spotkania z Komiksem okazały się być typową lokalną jednodniówką, zrealizowaną bardzo sympatycznie, choć bez pompy, w jaką oblekane są festiwale w Łodzi czy nawet Warszawie. Mam nadzieję, że organizatorzy (Cytadela Syriusza, Akademickie Centrum Kultury UMCS - Chatka Żaka i KZ) nie spoczną na laurach i za rok zaatakują kolejną odsłoną imprezy.

czwartek, 7 maja 2009

"Face" - Milligan, Fegredo

Autor: Dominik Szcześniak

Dotychczas, w środowym cyklu prezentującym komiksy Petera Milligana, omówiłem dwa: "The Eaters" i "The Extremist". By pokazać Wam, że brytyjski scenarzysta nie tworzy jedynie komiksów zaczynających się na literę "E" (choć na jakże ważną "Enigmę" i nieco mniej istotny "Egypt" również przyjdzie pora) oraz by być w zgodzie z alfabetem, zanim zaprezentuję Wam komiks "Girl" stworzony wespół z Duncanem Fegredo, zmierzę się z "Face" - one shotem z 1995 roku, który zapoczątkował serię "Vertigo Voices".

"Od piękna dzieli nas tylko skalpel" - to motto, jakie przyświeca komiksowi. David Scholem owym skalpelem posługuje się najlepiej na świecie, co wzbudza zazdrość kolegów po fachu, głębokie zadowolenie u klientek oraz zainteresowanie najpotężniejszych i najpopularniejszych ludzi kultury i polityki. Jednym z tych, którzy talentem Davida z zakresu chirurgii plastycznej są zafascynowani jest Andrew Sphinx - artysta, uznawany za najlepszego w swoim fachu. Mając do dyspozycji te dwie postaci, Milligan miesza w jednym kuble cechy związane ze specyfiką ich zawodów i zadaje czytelnikom pytanie: Co się stanie, jeśli najsłynniejszy artysta świata wynajmie najbieglejszego na świecie chirurga plastycznego w celu "przearanżowania" swojej twarzy?

Andrew Sphinx ma plan przywrócenia swej dawnej świetności. Niegdyś był znakomitym artystą, kumplem Pabla Picassa, z którym przechadzał się po ulicach Milanu paradując w dziwnych ciuszkach i nabijając się z "naciąganej ekscentryczności Dalego". Obecnie radzi sobie równie dobrze, lecz jedynie na gruncie komercyjnym. Wciąż spływają doń pieniądze z masowo produkowanych przez niego podróbek własnych dzieł - kasy ma tyle, że wystarcza na utrzymanie pokaźnych rozmiarów prywatnej wyspy oraz spełniającego wszystkie zachcianki lokaja. Duch artystyczny jednak z niego uleciał. Chcąc go odzyskać, lub właściwie odnaleźć nowego, postanawia się odrodzić. Stary, modernistyczny geniusz musi zginąć, a postmodernistyczny twórca ma narodzić się na nowo. Z nowym postrzeganiem świata, kreowaniem nowych kierunków w sztuce. I nową twarzą.

Intencje Sphinxa co do chirurga plastycznego i przybyłej na wyspę wraz z nim pięknej żony, wydają się być dla nich jasne, a pół roku spełnione w samotni artysty ma zaowocować dwoma skutkami: ukończeniem nowej powieści pisanej przez Rebeccę oraz jeszcze większym wybiciem się Davida w branżowym światku, gdzie najważniejsze
jest poprawianie wielkości biustu i zadziorności nosa. Z czasem jednak zakiełkuje w ich głowach wątpliwość: czy aby nie są pionkami w grze szaleńca? Czy nastrój panujący na wyspie, przedziwne rzeczy nań się dziejące, nie są jedynie tłem dla happeningu postmodernistycznego poszukiwacza nowych trendów w sztuce?

Abstrahując od samej fabuły komiksu, główną problematyką jaką scenarzysta porusza są granice sztuki i wielość jej definicji oraz sposobów jej postrzegania. Chirurgia plastyczna, która Sphinxa tak fascynuje, okazuje się być dla niego nowym medium, przekaźnikiem artystycznych wizji. Coś, co według ojca Davida jest jedynie "podróbką młodości" nagle może zostać podniesione do rangi sztuki. Może, lecz jeszcze nie jest. Analiza i renowacja twarzy, specjalność młodego chirurga, służy jej ulepszeniu, poprawieniu kilku zmarszczek, natomiast zapędy Sphinxa jako artysty sięgają dalej - "Tkwisz w klasycznym realizmie i nawet o tym nie wiesz" - mówi do Davida. Okazuje się, że bardziej niż stworzyć własne dzieło życia, Sphinx oddając się pod skalpel Scholemowi pragnie stać się jego płótnem, wytyczającym wspomniany nowy kierunek w sztuce.

U Milligana nic nie jest jednak proste. Wątek szkolenia młodego rzemieślnika przez starego artystę, skonfrontowany z innymi wątkami w "Twarzy" zmienia diametralnie znaczenie tego, co obserwujemy na kartach komiksu. Postaci dramatu jest bowiem czworo - są nimi wszyscy mieszkańcy wyspy, zarówno ci stali, jak i ci tymczasowi. Koligacje między nimi oraz wiedza jednych na temat drugich, doprowadzą do dramatycznego finału.

Duncan Fegredo jest rysownikiem, który towarzyszył Milliganowi poprzez całą jego karierę. Czy były to serie ("Enigma"), czy one - shoty ("Face"), czy okładki ("Shade, the Changing Man") czy też wreszcie gościnne występy ("X-Statix") - ten team dawał sobie świetnie radę. Nie inaczej jest tutaj. Powiedzieć, że współpraca między tymi panami układa się znakomicie, przez wzgląd na ich długą i zażyłą znajomość, byłoby truizmem. Jasne, że Fegredo "czuje" Milligana i Milligan wie, jak pisać dla Fegredo - widać to w każdym kadrze. Atmosfera posępnego horroru ciążąca nad wyspą artystycznej wersji doktora Moureau, przedstawiona jest niezwykle sugestywnie, w czym duża zasługa kolorystki, jaką jest Sherylin van Valkenburgh.

Zarówno graficznie, jak i w kwestii jakości scenariusza "Face" prezentuje się wyśmienicie. Dziwne, że posiadając w sobie tak duży ładunek tematyki dotyczącej kondycji współczesnej sztuki, a jednocześnie będąc mrocznym thrillerem, nie spotkała się z hucznym przyjęciem przez krytykę i fanów. Z racji tego, że komiks ten posiada mnóstwo fantastycznych patentów, większości z nich nie wymieniałem, a niektóre jedynie zasygnalizowałem, by nie psuć lektury potencjalnym czytelnikom. Szczerze polecam.

"Face". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Duncan Fegredo. Kolor: Sherylin van Valkenburgh. Wydawnictwo: Vertigo Voices 1995

wtorek, 5 maja 2009

Zamiast Milligana...

Autor: Dominik Szcześniak


Z przyczyn niezależnych, kolejny tekst o komiksach Petera Milligana, prezentowany w ramach cyklu omawiającego utwory brytyjskiego scenarzysty, został przełożony na dzień jutrzejszy (czyli dzień, w którym normalnie powinien się był pojawić). Zamiast niego zapraszam do zapoznania się z kadrami z komiksów, jakie pojawią się w piątym numerze "Ziniola".

Na pierwszy ogień, krótka forma Nicka Abadzisa - "Listening, not Hearing", którego "Łajka" właśnie ukazała się w Polsce:


Następnie ilustracja z kolejnego odcinka "Fotostory", zatytułowanego "London story", wyrysowana przez Rafała Trejnisa:
I na koniec "Virus" Sonii Oliveiry:

Kolejna trójca już niebawem.

poniedziałek, 4 maja 2009

"Aldebaran" - Leo

Autor: Dominik Szcześniak

Statystyczny czytelnik komiksu środka w czasach, gdy mainstreamem są pozycje ambitne, poruszające ważkie tematy i częstokroć trudne w odbiorze, nie miał ostatnio za dobrze. Na ratunek przybywa mu Leo wraz ze zbiorczym wydaniem pięciu tomów "Aldebarana" - komiksu, do którego podejście zaliczyło swego czasu wydawnictwo Siedmioróg, kończąc publikację serii na tomie drugim. Już samą decyzją o wydaniu "Aldebarana" Egmont zyskał aplauz wśród sympatyków serii, nie mogących doczekac się jej zakończenia po polsku. Bardzo przychylnie został również przyjęty nowy cykl tematyczny, którego "Aldebaran" został pionierem, a który to za zadanie ma prezentować komiksy "science - fiction". A czy sam komiks wart jest uwagi?

Jako niezobowiązująca rozrywka - jak najbardziej. We wprowadzeniu do albumu nad wirtuozerią Leo zachwyca się sam Moebius. I choć widoczne jest, iż robi to bardziej na zasadzie koleżeńskiej przysługi, nie sposób nie zgodzić się z nim w jednej kwestii: świat wykreowany przez brazylijskiego artystę potrafi wciągnąć na tyle, że jego fanów można określić mianem "sekty Aldebarana" (z przymrużeniem oka). Świat ten wykreowany został wedle przepisów starożytnej receptury i podrasowny szczyptą wizjonerskiej wyobraźni.

Tytułowy Aldebaran to zasiedlona przez ludzi w odległej przyszłości planeta, która w jeszcze bardziej odległej przyszłości traci kontakt ze swą macierzą - Ziemią. Osadników, zatrzymanych na pewnym etapie rozwoju technologicznego, poznajemy w momencie, gdy na planecie zaczynają dziać się dziwne rzeczy, której przyczyną okazuje się być tajemnicze monstrum. Co to za monstrum, jakie są jego cele i skąd pochodzi? - na te pytania zdaje się mieć odpowiedź
enigmatyczna persona, przybywająca do pewnej wioski. Wioski, w której cała historia się zaczyna, w której poznajemy głównych bohaterów opowieści i która już w pierwszym albumie serii ulega całkowitemu zniszczeniu. Pozostawieni sobie bohaterowie - 17-letni Marc Sorensen i 13-letnia Kim Keller - miotani rozterkami sercowymi ruszają w głąb wyspy, a ich celem staje się dotarcie do wymarzonego miasta - Anatolii.

Fikcja naukowa w "Aldebaranie" to przede wszystkim sugestywnie przedstawione życie morskie w ujęciu grupy oceanografów i biologów, badających nieznane organizmy. Flora i fauna planety, jaka powstała w wyobraźni Leo, schodzi jednak na drugi plan, na pierwszy wysuwają się zaś motywy, dzięki którym komiks można określić jako przygodowy. Perypetie Marca i Kim oraz kolorowej galerii bohaterów drugoplanowych, choć tworzone na starych kliszach, potrafią trzymać w napięciu, a wątek romantyczny, jaki rozwija się stopniowo między parą głównych bohaterów dodaje opowieści dodatkowego smaku.

Leo - scenarzysta podporządkował swój album omówionej wyżej tematyce w stopniu oszałamiająco precyzyjnym. Pięcioksiąg zdaje się być przemyślany od początku do końca, choć pierwsze fragmenty opowieści pozwalają czytelnikowi zastanawiać się jak (oraz w ogóle czy?) autorowi uda się rozwiązać pewne wątki. Płynność narracji zawdzięczamy powierzeniu roli narratora jednemu z bohaterów - Marcowi. Pewne zgrzyty odczuwane są jedynie w kilku scenach, dziejących się poza tym, co Marc mógł widzieć/doświadczyć. Leo - rysownik z kolei posługuje się dość klasycznym rysunkiem, o którym Moebius napisał: "Styl jest dziwny: nie widać go!". I rzeczywiście, kreska pozbawiona jest jakichkolwiek fajerwerków, a jaskrawe, żywe kolory pozwalają wczuć się w atmosferę panującą na obcej planecie.

"Aldebaran" jest typowym komiksem środka. Lekturą, o której można rzec, że była miła, sympatyczna i wybitnie rozrywkowa. Świetna sprawa dla fanów komiksu przygodowego, ze szczyptą science-fiction i wątkiem romantycznym. Nowa seria Egmontu zalicza świetny poc
zątek. Teraz trzeba mieć nadzieję, iż jej kontynuacja będzie choć w takim samym stopniu przyzwoita, co "Aldebaran".
"Aldebaran". Scenariusz i rysunki: Leo. Tłumaczenie: Maja Kostecka. Wydawnictwo: Egmont Polska 2009. Komiks został wydany w cyklu "Science Fiction".